Forum Największe forum LOST - Zagubieni w Polsce
Welcome to the island - Namaste
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy  GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

LOST sezon VI: Fanfiction by Krzys
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Największe forum LOST - Zagubieni w Polsce Strona Główna -> LOST - po emisji serialu / LOST / Serial / Fan Fiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Śro 15:48, 10 Cze 2009    Temat postu: LOST sezon VI: Fanfiction by Krzys

Witam Smile . Przedstawiam Wam prawdopodobnie ostatniego mojego fanficka osadzonego w rzeczywistości serialu Zagubieni (Jak ten czas leci... Razz ). Jak można się domyślić mój fanfick zaczyna się w momencie, kiedy skończył się V sezon Zagubionych. Na początek wprowadzenie:

Sezon VI
by Krzys
[link widoczny dla zalogowanych]


Opis:
Po śmierci Jacoba na Wyspie dochodzi do zmian. Ilana przejmuje władzę wśród Innych, a Wróg Jacoba z Benem starają się przetrwać otoczeni przez wściekły Lud Jacoba. Sun, dowiedziawszy się o śmierci Johna Locke'a, zrobi wszystko, żeby odnaleźć męża. Z kolei w 1977 roku rozbitkowie będą musieli uporać się z dosyć osobliwą sytuacją...

Teraz czas na premierowy odcinek Smile . Kolejne będą pojawiały się w nierównych odstępnach czasu, w zależności od tego, kiedy będę miał czas napisać nowy odcinek. Dlatego ewentualni czytelnicy będą musieli wchodzić co jakiś czas do tematu i sprawdzać, czy nie ma nowego odcinka. Dla ułatwienia jednak będę wysyłał PW osobom, ale tylko tym, co do których mam pewnosć, że czytają. Więc jeśli byłby ktoś chętny dostawać info o nowym odcinku zaraz po wydaniu, to niech pisze w tym temacie Smile



I

Tytuł odcinka: "Źródło"

Postać centryczna: Hurley

Główni bohaterowie występujący w odcinku:
Hugo Reyes, Ilana Wendt, Frank Lapidus, Claire Littleton, Sun-Hwa Kwon, Sayid Jarrah, Jack Shephard, James Ford, Kate Austen, Jin-Soo Kwon, Ben Linus, Miles Straume

Pierwsza scena:
Oko jakiegoś mężczyzny. Po chwili kamera oddala się i widzimy Christiana siedzącego na krześle w Chatce. Siedział przy stole, a po drugiej jego stronie siedziała Claire.
-Musisz to zrobić, Claire-przekonywał mężczyzna-Dzięki temu wszystko na Wyspie zmieni się na lepsze
-A jeśli nie?-pytała Claire pełna wątpliwości-A jeśli uwolnię coś niebezpiecznego?
-Ta osoba nie jest niebezpieczna-odparł Christian-Jest wspaniałą, dobrą istotą, która została zamknięta przez złe siły. Jeśli tego nie zrobisz, to miejsce nadal będzie tylko śmiercią. Proszę Cię, Claire- zrób to dla mnie.
Dziewczyna zastanowiła się, po czym powiedziała-Zrobię to.
-Dobrze więc. Zaczynajmy-powiedział Shephard i wstał od stołu. Podszedł do drzwi, otworzył je i pozwolił Claire wyjść. Na dworze było jeszcze ciemno. Dziewczyna podeszła do popielnego kegu i popatrzyła się na Christiana. On kiwnął głową i Claire zaczęła nogą rozsypywać popiół, przerywając tym samym krąg. Po chwili, gdy krąg został już przerwany, Claire odetchnęła głęboko i spojrzała się w stronę Chatki. Wtem poczuła silny powiew wiatru, który nadszedł z Chatki, przeleciał przez krąg i stracił swą siłę dopiero za popiołem.
-I co teraz będzie?-zapytała dziewczyna patrząc na mężczyznę
-Nic. To już koniec- odparł Christian, po czym... rzucił się na Claire i zaczął ją dusić. Dziewczyna zaczęła się szamotać, jednak Shephard szybkim ruchem powalił ją na ziemię i ściskając swój uścisk na szyi dziewczyny, szybko ją zabił...


Sceny rzeczywiste:

Rok 1977:
-Wszystko będzie dobrze, Sayid-mówił Hurley pilnując umierającego Irakijczyka, który leżał oparty o drzewo-Jack zmieni przyszłość, a Ty będziesz nadal żył.
Sayid jednak nic nie mówił, tylko patrzył się pustym wzrokiem w dżunglę. Zza wzgórza dochodziły krzyki rozbitków, więc Hurley przestraszony miotał się od drzewa do drzewa. W końcu Sayid powiedział: "Możesz mnie zostawić, Hugo. Idź im pomóc, oni mają jeszcze szanse przeżycia..."
-Wrócę do Ciebie jak najszybciej-odparł Hugo, po czym ruszył w stronę Łabędzia. Kiedy dotarł na miejsce, zaskoczyli go Jin i Miles.
-Co Ty do cholery tu robisz?-zdenerwował się Miles-"Musimy uciekać"
-Co z nimi?-zapytał Reyes, pokazując na Kate, Jamesa i Jacka, którzy byli nad samym źródłem energii elektromagnetycznej. Kate i Jack odciągali Jamesa od dziury, ale ten nie mógł się pogodzić z upadkiem Juliet. W końcu udało im się go odciągnąć i cała trójka przewróciła sę tuż przy źródle. Miles popatrzył na sytuację i zdecydował się im pomóc. Zbiegł na dół, za nim pobiegli Hurley i Jin i nagle... Błysk.
Hurley obudził się w dżungli. Nie miał pojęcia jak się tam znalazł i co się stało. Okazało się, że był blisko Łabędzia; pobiegł tam i zobaczył, że w obrębie budowy cała ziemia jest spalona, nie ma tam nic prócz źródła, które nadal zasysało kolejne metalowe rzeczy z otoczenia. Po chwili spotkał Jina, Kate i Jacka. Oni również nic nie pamiętali z ostatnich momentów; po spalonej ziemi i błysku domyślili się, że bomba wybuchła, jednak nie mogli pojąć co stało się potem. Dlaczego bomba nie zniszczyła całej Wyspy, tylko samą budowę? Czemu oni przeżyli? I co najważniejsze- Czemu energia elektromagnetyczna nie jest zniszczona?
-Co teraz robimy, uciekamy?-zapytał Hugo, podczas gdy grupa szła przez dżunglę-Zaraz tu się zaroi od ludzisk z Dharmy- musieli widzieć wybuch"
-"Był jakiś wybuch, Hugo?-zapytał gwałtownie Jack, zatrzymując się i odwracając w stronę Hurleya. Reyes tylko zmieszał się i nic nie odrzekł. Jack wtedy odparł-Nie, nie uciekamy. Musimy znaleźć resztę naszych ludzi. Jeśli my przeżyliśmy, oni też powinni. Najpierw jednak powinniśmy zajrzeć do Sayida.
Hugo, Jack, Jin i Kate doszli do miejsca, w którym leżał Sayid, lecz... nikogo tam nie było. Po obecności rozbitków została tylko plama krwi przy drzewie i futerał na gitarę Hurleya. Mężczyzna złapał za futerał i dopiero wtedy zadał pytanie: "Gdzie się podział Sayid?". W tym momencie krzaki zaczęły się ruszać, a rozbitkowie gwałtownie odwrócili się w ich stronę. Po chwili z zarośli wyszedł... Sayid Jarrah.
-Sayid? Nie powinieneś się ruszać, chcesz się wykrwawić?-zbulwersował się Jack parząc na całkiem rześkiego Sayida.
-Chyba to mi nie grozi-odparł Irakijczyk i rozciągnął dziurę w kostiumie, która powstała od kuli. Za uniformem nie było żadnej rany, jedynie małe zaczerwienienie.
-Co do?...-wymamrotał Jack i zaczął oglądać miejsce, gdzie Jarrah powinien mieć ranę. W końcu Kate zapytała: Jak to się mogło stać?. Tylko Hurley odpowiedział na to pytanie, mówiąc: "Wyspa go uzdrowiła..."
Jack, Sayid, Jin, Kate i Hugo nadal stali na polanie z dosyć zdziwionymi minami. Nagle ku ich uszom doszedł dziwny dźwięk, przypominający świst. Rozbitkowie popatrzyli się w niebo i ujrzeli mały samolot, który ze świstem spadał na Wyspę. Spadł tuż za rozbitkami tworząc mały wybuch; Jin momentalnie zerwał się z miejsca i pobiegł w stronę, skąd dochodził dym- reszta pobiegła za nim. Biegli przez dżunglę, aż w końcu dotarli do ciemnego krateru, pozostałości po budowie Łabędzia. Na samym środku widniało źródło, które wsysało samolot z ogromną siłą, jednocześnie przysuwając do siebie samochody Dharmy, które wyjeżdżały z dżungli. Ludzie w samolocie panicznie próbowali się wydostać, jednak to nic nie dawało- szybko zostawali zmiażdżeni przez zgniatające się metalowe części. W końcu cały samolot wpadł do dziury, puszczając na koniec tuman dymu. Źródło zabierało się za jeden z samochodów Dharmy, jednocześnie wyrwawszy zawiasy z futerału Hurleya. Hugo złapał za futerał, żeby ten się nie rozpadł, po czym zrobił wielkie oczy i mruknął tylko: "Dude..."
Rozbitkowie nie mieli pojęcia, dlaczego Dharma jeszcze nie zajęła się betonowaniem źródła- przecież pole elektromagnetyczne osiągnęło już krytyczny stan. Przy kraterze kręciło się kilku ludzi, ale oni nie wiedzieli co mają zrobić z tym wszystkim. W końcu Hugo i Jin zaproponowali, że pójdą do doktora Changa i przedstawią mu sytuację; może to coś pomoże. Powiedzą mu, że należałoby zabetonować tunel, po czym zbudować mechanizm rozładowujący energię co 108 minut. Nie musieli go nawet szukać, gdyż dostając co chwila relacje o niebezpiecznej sytuacji na Wyspie (oraz widząc ją na własne oczy, gdyż źródło zasysało również metalowe elementy z Baraków, niszcząc całe domy) sam przybiegł do krateru. Sama pogoda odzwierciedlała sytuację na Wyspie, gdyż utworzyła się potężna burza, która nie zwiastowała nic dobrego...
Doktor Chang doszedł na miejsce straszliwie wściekły na Radzinskiego, który również znajdował się w okolicy. Pracownicy Dharmy martwili się co z jego dłonią (była zabandażowana), ale Pierre mówił, że wyjdzie z tego i ręka będzie cała. Na miejscu o mało nie został zmieciony przez lecący w stronę źródła kawałek blachy z dachu Dharmowego domku- ale za to zginęło dwóch jego kompanów. W tym momencie wkroczyli rozbitkowie, którzy obezwładnili ostatniego pozostałego przy życiu kompana Changa, po czym Hugo, Jack i Jin odeszli porozmawiać z doktorem.
-Macie pojęcie, co tu się dzieje?!-zapytał zagniewany Chang, bulwersując się wizytą rozbitków
-Wiemy-odparł Jin-I właśnie dlatego z Tobą rozmawiamy. Mam nadzieję, że wiesz, jak posprzątać ten bałagan
-Skąd mam wiedzieć? Jeszcze tam nawet nie byłem
-Myślę, że możemy panu podpowiedzieć. Musicie zabetonować całe źródło energii elektromagnetycznej
-A jak mamy to niby zrobić? Z tego co widziałem wcześniej, to źródło sięga dosyć głęboko. Potrzebujemy mnóstwa litrów wody, a kontener jest w Barakach. Poza tym- jest metalowy- Nagle obok rozbitków przesunął się kontener- ten sam, o którym mówił Chang.
-To nasza szansa!-krzyknął Hugo-kontener zmiażdży się wpadając do źródła i zaleje go woda! Trzeba tylko pobiec po zaprawę i...-Hurley w tym momencie przerwał, gdyż nikt nie wykazywał takiego zapału jak on. Wręcz przeciwnie, nawet się nie ruszali
-Co się stało?-zapytał Hurley-Doktorze Chang, musimy przecież wszystkich ocalić...
-Chyba nie ma sensu-mruknął Chang-Cała nasza potęga jest niszczona przez to cholerstwo, a do najbliższego składu cementu jest bardzo daleko. Zanim tam dojdziemy, nie będzie już co zbierać
Hurley nagle zrozumiał, że to wszystko jest bezcelowe. Rozbitkowie stali smutni patrząc, jak wokół nich lata coraz więcej metalowych rzeczy, jak błyskają pioruny na niebie... Nic już miało nie uratować Świata.
Wtem coś przejechało obok rozbitków. Chang spostrzegł, że była to ciężarówka z Orchidei, pełna... worków z cementem. Pierre zasygnalizował wszystkim co właśnie się wydarzyło, a Hurley krzyknął: "To cud". Od razu wszyscy zebrali się do biegu, aby zabetonować źródło, jednak Chang ich zatrzymał.
-Czekajcie!-krzyknął-Nie możecie tam pójść. Jeśli moi ludzie was znajdą, zabiją. Musicie uciekać-rozbitkowie przytaknęli głowami, a Chang dodał-Powiedzcie jeszcze, co mamy robić po zabetonowaniu tego. Jeśli jesteście z przyszłości, na pewno wiecie jak postąpiliśmy...
-Musicie zbudować urządzenie, które niwelowałoby energię elektromagnetyczną co 108 minut- odparł Hugo-Pamiętajcie: Co 108 minut.
Chang przytaknął i zniknął w dżungli, biegnąc ku źródłu. Z kolei Hugo i reszta pobiegli zabrać Sayida i Kate, po czym uciec jak najdalej od ludzi Dharmy...
-To sprawka LaFleura i reszty!-krzyczał Radzinsky idąc po dżungli z jakimś pracownikiem Dharmy. Burza już ustała, więc wszystko wskazywało na to, że Chang wykonał swoje zadanie-Nie mogą winić mnie. Nie ja wparowałem na budowę, pozabijałem większość ludzi, po czym wrzuciłem do źródła bombę wodorową! I jeszcze potem to trzęsienie ziemi... Ci zdrajcy mają szczęście, że już prawdopodobnie poumierali!... Bo jakbym dostał jednego z nich w swoje ręce, prosiliby o...-Wtem Stuart wpadł na coś leżącego na ziemi. O mało co się nie przewrócił, ale złapał równowagę i spojrzał na przeszkodę. Na ziemi leżał... nieprzytomny James. Radzinsky popatrzył się zdziwionym wzrokiem na LaFleura, po czym na swojego kompana. Drugi pracownik Dharmy też nie krył zdziwienia, przypominając sobie, co przed chwilą mówił Radzinsky...

Rok 2007:
-Nadchodzą... Nadchodzą...-jęczał Jacob dopiero co przebity nożem. "John" nie mogąc się dopytać o kogo chodzi, wepchnął Jacoba do ognia i spokojnie obserwował, jak dotychczasowy władca Wyspy płonie. Po chwili skierował twarz ku Benowi i mruknął:"Zamknij wejście". Linus parząc się jeszcze przez chwilę na płonącego Jacoba skierował swe kroki ku wyjściu. Po chwili zaczął biec. Dopadł kamień zamykający przejście i zasunął go dokładnie w momencie, kiedy Richard, Ilana i reszta chcieli dostać się do środka. Złapał za grubą belkę, która wysuwała się z bocznej ściany i tarasując nią drzwi zamknął je dla ludzi z zewnątrz.
-Ben, otwieraj!-krzyczał Richard-Nie wiesz nawet z kim przebywasz! To nie jest...-w tej chwili Richardowi przerwała Ilana, łapiąc go za ramię
-Nic mu nie mów-szepnęła kobieta-ten ktoś podszywający się pod Johna nie może wiedzieć, że już wiemy. Dlatego lepiej będzie siedzieć cicho.
-W porządku-odparł Richard odsuwając się od wejścia.-Tylko co teraz zrobimy?
-Dobrze wiem, co teraz zrobimy, Ricardus-mruknęła Ilana patrząc się przeszywającym wzrokiem na Alperta, po czym weszła na skałę i położywszy broń na ramieniu krzyknęła do Innych:
-Posłuchajcie mnie teraz wszyscy-twarze Innych skierowały się w stronę Ilany, niektórzy nawet podeszli bliżej-Wiem, że jesteście zagubieni i potrzebujecie kogoś, kto poprowadzi was dalej! Przyniosłam ciało Johna Locke'a nie bez powodu- Jacob mnie przysłał. Dał mi wyraźne rozkazy co mam czynić, kiedy dotrę na Wyspę! Teraz Jacob zapewne nie żyje. Jestem więc ostatnią osobą wyznaczoną przez Jacoba i obejmę nad wami przywództwo!
Wśród Innych rozległy się szmery, które szybko przerodziły się w krzyk. Inni nie mogli pogodzić, się z tym, że ich zasady są tak bezczelnie pogwałcane. Przywódcę wybierało się za młodu, a ta osoba wyszła nie wiadomo skąd i od razu przejęła przywództwo. Jeden z Innych podszedł do Richarda i zapytał go o coś. Alpert uniósł głowę, po czym powiedział głośno:"W porządku, niech Ilana zostanie przywódcą. Spełnimy ostatnią wolę Jacoba". Po wypowiedzeniu ostatniego słowa wszedł na skałę, na której stała Ilana.
-To co teraz robimy?-zapytał się, patrząc na przywódczynię
-Zostajemy tutaj, rozbijając obóz dookoła całego Posągu-powiedziała stanowczo kobieta-Będziemy czekali, aż w końcu wyjdą. Poza tym...-Ilana skierowała wzrok na przewróconą skrzynię i leżącego za nią Johna Locke'a-Musimy go pochować.
Noc, w której zginął Jacob chyliła się właśnie ku końcowi. Mimo iż słońce jeszcze nie wzeszło, robiło się już względnie jasno. Na plaży stała rzesza Innych, którzy nie zdążywszy jeszcze otoczyć Posągu namiotami obserwowało, jak smętny Richard podpala ciało Johna Locke'a leżące na tratwie, po czym spycha je do wody. Prąd morski spychał płonące niczym Jacob ciało Locke'a tak, że wkrótce był tylko świecącym punktem w oddali. Zaraz po podpaleniu ciała Richard osunął się od morza i dołączył do reszty Innych; wkrótce podeszła do niego Sun.
-Jak to się mogło stać?-zapytała-John był waszym przywódcą, później zniknął... Wrócił dopiero trzy lata później spadając z nieba trumnie.
-Podobno przeniósł się w czasie. To wszystko przez Bena, który przekręcił koło w Orchidei.
-Koło? Jakie koło?
-Przykro mi, nie mogę ci nic o nim powiedzieć. Wiedz jednak, że dla Johna mogło minąć znacznie mniej nić trzy lata...
Sun przytaknęła i spojrzała na znikające w oddali ciało Johna, które płynęło w stronę wschodzącego właśnie słońca. Nie tylko Inni obserwowali pogrzeb, również Wróg Jacoba siedział na krześle i mimo ściany dzielącej morze i wnętrze Posągu, "Locke" patrzył dokładnie w stronę odpływającej tratwy. Po chwili wstał i sprawnym ruchem wyciągnął z popiołu zwęglone ciało Jacoba.
-Jak...-rozpoczął Ben, który nie kryjąc zdziwienia patrzył na Jacoba- Jak to możliwe, że Jacob nie spłonął doszczętnie?
-To na niego nie wystarczy-mruknął John, zawijając rękawy i nachylając się nad ciałem-Podaj mi tamtą siekierę, leżącą pod ścianą
-Jaką siekierę?-zapytał Ben, który wcześniej nie widział tu żadnej siekiery. Jednak kiedy tylko się odwrócił, siekiera rzeczywiście stała oparta o ścianę. Ben spojrzał się zdziwiony na Johna, a ten tylko przytaknął. Linus podał siekierę Locke'owi, po czym odsunął się i patrzył z lekkim przerażeniem, jak Locke rąbie swojego wroga na kawałki. W końcu, kiedy Jacob podzielił się na dziewięć części, Locke odrzucił siekierę i powiedział do Bena: "Rozrzucisz te części po całej podstawie Posągu. Kiedy gniew Innych opadnie, wyjdziesz stąd i rozniesiesz części po całej Wyspie. Zrozumiałeś?". Ben tylko pokiwał głową, niczym dziecko mające wykonać jakieś ważne zadanie zlecone mu przez kolegów.
Środek dnia następnego. Jakiś mężczyzna biegnie przez dżunglę, albo inaczej: sunie przygarbiony, jakby przygniatany przez wielki ciężar. Ma podarte ubranie. W końcu wypada z dżungli wprost do obozu Innych. Przewraca się otoczony przez Innych, a cała broń z obozu od razu skierowała się w jego stronę. Mężczyzna podnosi głowę i obejmuje wzrokiem zdziwionych ludzi; dopero wtedy widzimy jego twarz. Widzimy młodego bruneta o ciemnych oczach, który jest śmiertelnie przerażony. Inni nie wiedząc kto to jest nie reagowali zbytnią agresją, gdyż widzieli, że nieznajomy jest bezbronny i straszliwie zmachany.
-Kim jesteś?-zapytał Richard, który jako jeden z niewielu nie wyciągnął broni w stronę mężczyzny
-Widziałem straszliwe rzeczy... Okropne, przerażające rzeczy...-jęczał mężczyzna łapiąc oddech i wpatrując się w ziemię-Naprawdę, straszliwe...
Po chwili jeden z Innych, kobieta, podeszła do nieznajomego i próbowała go uspokoić, jakby pocieszyć. Richard krzyknął: "Nie podchodź!", ale ona odparła: "Spokojnie, nie widzisz, że jest śmiertelnie przerażony?"
-Hej, słyszysz mnie?-zapytała kobieta łapiąc mężczyznę za ramię. On z kolei nie mówił nic sensownego, tylko jęczał: "To co widziałem... Okropności...". W końcu dziewczyna powiedziała-Wszystko w porządku, już jesteś bezpieczny. Powiedz nam kim jesteś.
Nieznajomy podniósł głowę i nie wstając z kolan, spojrzał się na Inną. Jego usta trzęsły się niczym w gorączce, ale odpowiedział na pytanie kobiety. Mruknął: "Nie pamiętam..."
LOST

Umiejscowienie odcinka w czasie: od 12 października 1977 roku do 19 grudnia 2007 roku


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Krzys dnia Pon 19:35, 07 Wrz 2009, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Patryk1994
Mieszkaniec Mrocznego Terytorium


Dołączył: 01 Lut 2008
Posty: 438
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3

Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Śro 16:34, 10 Cze 2009    Temat postu:

No całkiem spoko odcinek, przyjemnie się czytało. Jeżeli reszta twoich odcinków będzie trochę lepsza niż ten, albo taka sama to będzie świetnie. Oczywiście zgłaszam się abyś wysyłał mi PW kiedy powstanie kolejny odcinek.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Patrycjjusz
Mieszkaniec Plaży


Dołączył: 29 Gru 2006
Posty: 67
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Suwałki
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Śro 20:24, 10 Cze 2009    Temat postu:

jakbyś mógł przysłac mi PW kiedy będzie kolejny odcinek, to będę wdzięczny.

A co do odcinka to zgadzam się z przedmówcą...odcinek dobry:)


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
lysy-bianconero
Rozbitek


Dołączył: 19 Lut 2009
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Czw 14:18, 11 Cze 2009    Temat postu:

Swietna scena z Claire;] No i nawiązanie do tak zwiazanej z serialem mitologii egipskiej ( Seth- brat Ozyrysa, zabija go, cwiartuje i rozrzuca zwłoki po calym Egipcie)

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Sob 17:54, 13 Cze 2009    Temat postu:

II

Tytuł: "Kto nie ryzykuje, nic nie ma"

Postać centryczna: Richard

Główni bohaterowie występujący w odcinku:
Ilana Wendt, Sun-Hwa Kwon, Ben Linus

Czas rzeczywisty:
Inni krzątają się w obozie, zbierając materiały na budowę namiotów dookoła Posagu. Wszyscy coś robią, jedynie nowo przybyły mężczyzna siedzi na plaży i wpatruje się w ocean. Ilana cały czas go obserwowała, zastanawiając się, co z nim zrobić. Po chwili podszedł do niej Richard.
-"I co?"-zapytał-"Wykombinowałaś, co mamy z nim zrobić?"
-"Niech na razie trochę tutaj pomieszka"-mruknęła Ilana-"Może przypomni sobie, kim jest... Albo chociaż opowie nam o tych okropnościach, które widział. Musisz mieć na niego oko, Richard. To Twoje zadanie."
Richard przytaknął i znów spojrzał na przybysza. Nie był on zdenerwowany tak jak wcześniej, teraz spokojnym, zimnym wzrokiem wpatrywał się w ocean. Jego ciało nie dawało żadnych oznak strachu, który jeszcze kilka godzin temu cały go wypełniał. Richard poważnie zastanawiał się nad tożsamością nieznajomego, kiedy podeszła do niego Sun.
-"Mogę na słówko?"-zapytała kobieta stając za Richardem
-"Możesz"-odparł Richard, odwracając się plecami do oceanu-"Chciałaś o czymś porozmawiać?"
-"Tak, ale nie tutaj. Chodźmy do dżungli, ta sprawa potrzebuje pełnej dyskrecji"
Richard zastanowił się chwilę i popatrzył dziwnym wzrokiem na Koreankę, ale po chwili powiedział: "W porządku. Chodźmy" i ruszył w stronę dżungli.
-"Jak się czujesz, Sun?"-zapytał Alpert, kiedy już szli po dżungli
-"Mianowicie?"-zapytała Sun, unikając wzroku Richarda
-"Przybyłaś na tę Wyspę, żeby spotkać się z Jinem. Okazało się jednak, że jest w innym czasie. Później ten ktoś podszywający się pod Johna okłamał Cię, że połączy Cię z Jinem.. Teraz musi Ci być ciężko."
-"No nie jest łatwo... Ale wkrótce wszystko się zmieni"
-"Co masz na myśli, Sun?"-zapytał Richard, zatrzymując się i stając naprzeciwko Koreanki
-"Właśnie o tym chciałam z Tobą porozmawiać Richard"-odparła Sun, wyciągając zza pasa... broń. Odbezpieczyła ją i z kamienną twarzą wymierzyła w Richarda-"Zabierzesz mnie do Orchidei, a stamtąd do koła, przez które Locke przeniósł się w czasie..."-rozkazała Alpertowi
-"Przykro mi, ale nie mogę tego zrobić"-odparł Richard i zamknął oczy. Po chwili je otworzył i zaskoczony rozejrzał się po dżungli. Tak jakby nie powinno jej tutaj być...
-"Nie udało się..."-jęknął smutny-"Chyba Jacob zabrał to ze sobą do grobu..."
-"Nie igraj ze mną!"-krzyknęła Sun-"Lepiej ruszaj do Orchidei, inaczej Cię zabiję"
-"Ale Sun, nie rozumiesz!..."-mówił Alpert coraz bardziej strwożony-"To nic nie da. Jeśli przeniesiesz Wyspę, znajdziesz się na Saharze i tylko raz skoczysz się w czasie"
-"W takim razie Ty to zrobisz"
-"Sun... Nie ma mowy, żebyś przeżyła. Będziesz się przenosiła w czasie, aż w końcu umrzesz"
-"Locke jakoś przeżył. Umarł dopiero później, jak opanował sytuację"
-"Bo on był wyznaczony, żeby przenieść Wyspę!"-krzyknął Alpert, coraz bardziej denerwując się zachowaniem Koreanki-"Teraz nikt nie jest wyznaczony, bo nie ma potrzeby, żeby ją przenosić..."
Sun opuściła wzrok i broń i zastanowiła się chwilę. W tym czasie Richard mówił: "Odłóż broń i wracajmy do obozu. Nikomu nie powiem, co tutaj zaszło..."
-"Nie"-odparła Sun podnosząc wzrok i broń. Jej twarz znów stała się zimna jak lód-"Zabierz mnie do Orchidei. Już!"
Richard nie miał wyjścia, zabrał Sun do Orchidei. Unikał pokazywania jej koła, jednak Koreanka sama go odnalazła i weszła do środka. Richard nie pobiegł za nią, bo dwie osoby nie mogły być w tym samym czasie przy kole. Sun tymczasem przesunęła Wyspę, realizując pierwszy element swojego mrocznego planu... Planu, który pozwoli jej się spotkać z Jinem.
-"To światło! Skąd się wzięło?!"-krzyczało kilkoro rozbitków z lotu 316, kiedy białe, oślepiające światło przemknęło właśnie przez wyspy. W końcu, kiedy rozbitkowie z Hydry otrząsnęli się z pierwszego szoku, rozejrzeli się dookoła.
-"Bagaże... Zniknęły"-szepnął jeden z rozbitków rozglądając się po plaży. Nagle z dżungli wybiegł inny rozbitek, który był znacznie bardziej przerażony od reszty.
-"Budynki... Budynki..."-jęczał łapiąc oddech. Rozbitkowie nie chcieli tracić czasu na słuchanie go, sami więc zerwali się z miejsca i pobiegli w stronę kompleksu Hydra. Na miejscu nic nie znaleźli, prócz pryczy i leżących na nich rannych. Samolot też zniknął. Kilka osób zaczęło chodzić po miejscu, gdzie była Hydra, jakby łudząc się, że znajdą tam zagubione budynki.
-"Co sie stało, Jed?"-zapytał się jeden jeden rozbitek drugiego, podczas gdy pierwszy szok minął
-"Nie mam pojęcia"-odparł Jed, wpatrując się tępo w miejsce, gdzie za jakiś czas Inicjatywa Dharma wybuduje Hydrę...
Podstawa Posągu Taweret, czasy dzisiejsze. Na początku widzimy rozmazany i niewyraźny obraz, poza tym wszystko dookoła wiruje. Widzimy kawałki Jacoba, jego Wroga siedzącego na krześle niczym kamienny posąg... Nagle obraz zamazuje się jeszcze bardziej i kamera gwałtownie zjeżdża w dół. Wtedy przekonujemy się, że widzieliśmy oczami Bena, który właśnie zasłabł. Locke powiedział stanowczo: "Nie wygłupiaj się, Ben", a Linus ciężko podniósł się na nogi, mówiąc: "Chyba nie dam rady..."
-"Z czym niby masz nie dać rady?"-zapytał Locke
-"Kiedy to się skończy, John?"-zapytał Ben podchodząc do niego-"Siedzimy tu już prawie dwa dni. Może Ty wytrzymałbyś bez jedzenia i picia miesiące, ale ja mam jedno życie. W dodatku ten straszliwy smród... Po co go poćwiartowałeś?"
-"Nie jestem John"-mruknął Wróg Jacoba z uśmiechem
-"Że co?"-zapytał Ben nie zrozumiawszy
-"John Locke nie żyje, sam go zabiłeś. Ja tylko przejąłem jego ciało, aby móc dostać się do Jacoba i pozbyć się go."
-"O nie..."-szepnął Linus odsuwając się od Locke'a; zrozumiał wtedy, jak wielki popełnił błąd-"Kim jesteś?"
-"Kimś takim jak Jacob, tylko lepszym"
-"O nie, o nie..."-jęczał Ben coraz bardziej odsuwając się od Wroga. Po chwili krzyknął: "Wychodzę!" i odzyskawszy siły ruszył w stronę wyjścia.
-"Ben, zostań na miejscu!..."
-"Wychodzę!"
-"Powiedziałem: Stój!"-w tym momencie Locke wstał, a jakaś mroczna siła złapała Bena i rzuciła nim o ścianę. Linus upadł tuż obok Johna.
-"Ciągle jesteś z nimi, Ben?..."-zapytał Wróg Jacoba podchodząc do Bena, który skręcał się z bólu
-"Zawsze... Byłem z nimi"-jęknął Linus
-"Wiesz co"-John nachylił się nad Benem-"Chcesz uciec ode mnie i dołączyć do nich? Niedługo nie będzie to możliwe"-Ben zrobił oczy niczym gwoździe i w takim stanie spojrzał się na Locke'a-"Już jutro będziesz mógł napić się i najeść... A kiedy pozbędziemy się Jacoba smród przestanie Ci dokuczać"-John wstał i podszedł do ściany. Położył na niej rękę i wpatrując się w nią, powiedział: "Już jutro nadejdzie definitywny koniec tego wszystkiego. Wielka chwila w dziejach Wyspy"
Richard wrócił do obozu po Incydencie z Sun. Inni pytali się go, co się stało, jednak mężczyzna unikał odpowiedzi. Wszyscy jednak wiedzieli, co zaszło. Wiedzieli, że Sun przesunęła Wyspę. Jedynie nowo przybyły mężczyzna nie miał żadnego pojęcia o czym rozprawiają Inni, a ci w swojej nieufności nie mówili mu nic.
Inni zabrali się za budowę namiotów dookoła Posągu. Tajemniczy brunet chcąc przypodobać się grupie, żywo pomagał w ich budowie. Richard zastał go wbijającego kamieniem kij w piasek.
-"Widzę, że pomagasz"-rzekł Alpert na powitanie
-"Robię co mogę"-odparł zadowolony mężczyzna-"Jeśli chcę z wami zamieszkać, muszę też trochę wnieść do grupy. A ręce do pracy to wszystko, co mam"
-"Rozumiem.. Jestem Richard."-powiedział Alpert i chciał podać rękę, ale mężczyzna był zbyt zajęty pracą
-"Mówi mi Cam"-odezwał się mężczyzna z uśmiechem
-"Przypomniałeś sobie?"-zapytał Richard pełen nadziei
-"Nie... Złożyłem sobie to imię w głowie. Do czasu, gdy cokolwiek sobie przypomnę, musicie się przecież jakoś do mnie zwracać"-odparł Cam odrzucając kamień, którym właśnie przybił kij
-"Właśnie po to tu przyszedłem. Podobno coś pamiętasz. Mówiłeś coś o jakiś przerażających rzeczach... Mógłbyś trochę to przybliżyć?"
-To były..."-rozpoczął Cam. Od razu spuścił wzrok, zaczął się pocić i jąkać-"To były... Widziałem przerażające, okropne sceny..."
-"W porządku"-pocieszył go Richard, poklepując po ramieniu-"Nie chcesz mówić to nie mów. Będziesz gotowy o tym porozmawiać, to powiedz."
Cam przytaknął, a Richard odwrócił się, żeby odejść. W tym momencie Cam zawołał jeszcze raz Innego.
-"Tak?"-zapytał Richard odwracając się
-"To miejsce to śmierć"-mruknął Cam patrząc się wielkimi oczami na Alperta
LOST

Futurospekcje:

Na początku widzimy granat. Granat leciał niezwykle spokojnie, przelatując przez krzaki... Dookoła było cicho. Po chwili granat uderzył o ziemię i akcja nabrała bardzo szybkiego tempa. Granat wybuchł, powalając kilka drzew, oraz przysypując ziemią Richarda i jakiegoś Innego, którzy schronili się w dole. Richard wyjrzał z dołu i w tej samej chwili rozpoczął się ostrzał. Mnóstwo pocisków przelatywało przez dżunglę, po czym tuż nad Richardem i jego kompanem.
-"Cholera! Zauważyli nas!"-wrzasnął Richard chowając się za warstwą ziemi
-"To koniec! Przegramy!"-krzyczał jego kompan również chowając się przed pociskami
-"Nie, jeśli uda nam się dotrzeć do Przyjaciela! Najpierw jednak przedostańmy się do kwatery dowodzenia"
Alpert delikatnie wyjrzał z dołu, gdyż ostrzał się skończył. Czołgając się wypełznął z dołu, za nim poszedł jego kompan. Wtem wrogowie znów wznowili ostrzał, zabijając tym samym kompana Richarda. Alpert wrzasnął: "Marcus!",jednak wiadomo było, że Marcus już nie żyje. Richard zaczął się czołgać jak najszybciej w stronę przeciwną niż wrogowie, a kiedy ostrzał został przerwany, Ricardus podniósł się i zaczął biec. Warto zauważyć, że on, jak i jego kompan, nie mieli żadnej broni.
Alpert biegł przez jakiś czas, nie zatrzymując się wcale. Co jakiś czas mijał spalone fragmenty dżungli, czasem martwych Innych. W końcu dobiegł do drewnianej chatki. Wpadł do środka najszybciej jak mógł, a kiedy już znalazł się w środku, zatrzymał się i spojrzał na obecnych tam ludzi. Na środku chatki stał podłużny stół, na którym leżała mapa Wyspy z zaznaczonymi niektórymi terenami. Nad mapą stała Ilana z karabinem w ręku, a obok niej stal Cam. Cam wyglądał zupełnie inaczej niż w czasach obecnych, był nieogolony i miał bardzo krótko obcięte włosy. Jego ubranie było ubłocone, jednak nie podarte. Ciężkie, wojskowe buty były jedną z największych zmian, gdyż Cam w czasach obecnych nie ma żadnego obuwia. Oprócz Ilany i Cama w chatce było kilkoro Innych, którzy krzątali się po wnętrzu, m. in. gotując coś na kuchence polowej, oraz kobieta, która w pierwszym odcinku pocieszała Cama- ona również stała przy mapie. Kiedy wszedł Richard, wszystkie twarze obróciły się w jego stronę.
-"I jak zwiady?"-zapytał Cam
-"Beznadziejnie. Marcus nie żyje"-odparł Richard podchodząc do mapy
-"Wszyscy już jesteśmy martwi"-jęknęła Ilana-"Do jutra 3/5 Wyspy będzie w ich posiadaniu, a to dopiero początek"
-"Nie, jeśli dotrzemy do Przyjaciela"-powiedział Alpert
-"Richard..."
-"Wiem, jaki masz do tego stosunek. Ale tu nie chodzi o prywatę, tylko o losy całej Wyspy"
-"Nie o to chodzi. Przyjaciel jest na terenie wroga, nie przejdziemy"
-"Ile mamy wolnych terenów?"-zapytał Richard, spoglądając na mapę-"Jak widzę południowy kraniec został już przejęty, ale na północnym ciągle toczą się potyczki. Na terenie Przyjaciela faktycznie są wrogowie, ale nie cały ten teren jest przez nich otoczony"-Richard wskazał na mapie na mały pasek, który przechodził przez tereny zaznaczone na zielono-"Widzicie, jeszcze wczoraj ten wąski pasek był w naszym posiadaniu. Przejdziemy przez niego na teren Przyjaciela, a dopiero później zastanowimy się jak mamy się do niego dostać
-"To samobójstwo... Ta część jest straszliwie wąska, poza tym przez dobę wszystko się mogło zmienić"
-"Dlatego zbierzemy bardzo małą grupę. Cam i Vanessa, pójdziecie ze mną-"Richard skinął głową na Cama i kobietę obecną przy mapie
-"Ja też pójdę"-wtrąciła się Ilana
-"Nie ma mowy. Musisz wziąć pod uwagę swój stan"
Ilana usiadła na krześle, a Richard, Cam i Vanessa wzięli po pistolecie. Kiedy już mieli wyjść Ilana podała im też swój karabin.
Dwie godziny później, Richard i reszta dotarli do przerwy w terenach wroga, która miała doprowadzić ich do Przyjaciela. Poruszali się najciszej jak mogli, a nie przychodziło im to zbyt trudno- w końcu była to ich Wyspa. Po pokonaniu ponad połowy drogi, Inni dostrzegli jednego z wrogów podczas zwiadów. Był on ubrany w typowy, żołnierski strój, a wszystkiego dopełniał kamuflaż dostosowany do zielonego terenu. Mimo iż Inni starali się zachowywać jak najciszej, żołnierz zauważył ich i szybko otworzył ogień ze swojej dużej, ciężkiej broni. P chwili dołączyło do niego jeszcze kilku żołnierzy. Richard, Cam i Vanessa schowali się za drzewami, lecz pociski przeciwników leciały z taką siłą i w takiej ilości, że drzewa nie były wcale ochroną. Inni musieli się bronić, lecz słabe uzbrojenie nie dawało szans w otwartej walce. Richard i Vanessa zaczęli więc uciekać, a Cam postanowił zajść żołnierzy z drugiej strony. Żołnierze ruszyli za Richardem, a tymczasem Cam schował się w krzakach; kiedy wrogowie przeszli obok mężczyzny, ten stanął za nimi i powystrzelał ich bez mrugnięcia okiem. Po udanej akcji Inni przejęli ciężką broń żołnierzy i musieli szybko uciekać z tego miejsca, gdyż tereny wrogów znów zaczęły się powiększać, poza tym z pewnością ktoś usłyszał strzelaninę. Richard, Cam i Vanessa już nie skradali się, teraz zaczęli biec; po dwudziestu minutach szaleńczej gonitwy Vanessa wpadła w pułapkę- stanęła wprost na sidła, które zacisnęły się przy jej kostce, po czym zabrały Vaneesę kilka metrów do góry, gdzie kobieta zawisła głową do dołu. Inni wiedzieli, że aktywowanie pułapki jest równoznaczne z włączeniem cichego alarmu.
-"Biegnijcie dalej!"-krzyczała Vanessa do swoich kompanów-"Jeśli się mną zajmą, będzie wam łatwiej dostać się do Przyjaciela! Biegnijcie, już!"
Richard i Cam nie powiedzieli ani słowa, tylko ruszyli biegiem w wiadomą stronę. Wiedzieli, że dla Vanessy cenniejszy jest spokój Wyspy niż jej życie. Po dziesięciominutowym biegu dotarli na miejsce- tym razem zaczęli podkradać się cicho. Zajrzeli przez krzaki na wypaloną polane, na której wrogowie postawili prowizoryczne chatki. W tak zbudowanej wiosce kręciło się mnóstwo żołnierzy.
-"Przyjaciel jest w tamtym domu. Czuję go"-szepnął Richard pokazując na dom najbliżej nich, którego pilnowało czterech strażników
-"To pięknie"-zawiódł się Cam-"Nasz plan kończy się w tym miejscu. Nie uda nam się przedrzeć przez tyle wrogich oddziałów"
Wtem uszom Cama, Richarda i wrogów doszedł dziwny, narastający dźwięk- dokładnie taki sam jak przy przenoszeniu Wyspy. Białe światło rozeszło sie po całej Wyspie, po czym zniknęło i wszędzie było już spokojnie. Polana stała się pusta, jedynie Cam i Richard zostali na miejscu. Richard od razu wszedł na teren wroga rozglądając się dookoła, a za nim wybiegł Cam, krzycząc: "Co robisz?!"
-"Spokojnie, tu nikogo nie ma"-odezwał się Richard czując wielką ulgę-"Ktoś przeniósł Wyspę"
-"Ale jak to możliwe?"-zapytał Cam rozglądają się dookoła
"Musimy się tego dowiedzieć"-odparł Richard z uśmiechem, po czym podszedł do chatki, w której przebywał Przyjaciel-"Najlepiej jak go zapytamy"
Richard otworzył drzwiczki i wszedł do środka. Za nim ruszył Cam, który zanim zamknął za sobą drzwi rozejrzał się dookoła. Tak jakby nie mógł uwierzyć, że wokół jest naprawdę pusto...

EDIT:
Umiejscowienie odcinka w czasie: 19 grudnia 2007 roku; skok do 236 roku


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Krzys dnia Sob 18:00, 13 Cze 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Patrycjjusz
Mieszkaniec Plaży


Dołączył: 29 Gru 2006
Posty: 67
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Suwałki
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Wto 22:12, 16 Cze 2009    Temat postu:

Czekam na dalsze odcinki Smile odcinek świetny
jakby co to prosze o info gdy się pojawi kolejny Smile


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Bodzio
Przyjaciel Forum


Dołączył: 22 Kwi 2006
Posty: 3485
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 170 razy
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Wto 22:27, 16 Cze 2009    Temat postu:

Jedna uwaga - przy pisaniu dialogów, gdy już zrobisz znak myślnika nie jest konieczne ujęcie kwestii w cudzysłów Wink W pierwszym odcinku pisałeś przecież bez.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Śro 16:07, 17 Cze 2009    Temat postu:

Patrycjjusz napisał:
Czekam na dalsze odcinki Smile odcinek świetny
jakby co to prosze o info gdy się pojawi kolejny Smile


Heh, ale nie musisz pisać co odcinek o tym, że chcesz info Razz . Jedna prośba i już masz PW do końca fanficka

Bodzio napisał:
Jedna uwaga - przy pisaniu dialogów, gdy już zrobisz znak myślnika nie jest konieczne ujęcie kwestii w cudzysłów Wink W pierwszym odcinku pisałeś przecież bez.


Wiem, chciałem spróbować jak to właśnie będzie wyglądało bez cudzysłowiu. No i nie spodobało mi się Razz . Nie wiem czemu, może jestem przyzwyczajony, albo tak jest mi łatwiej... Poza tym jeśli w wypowiedzi danej postaci są myślniki, tak jak to było w pierwszym odcinku przy Changu, a zaraz potem występuje kolejny myślnik przechodzący do opisu, a w tym opisie jest jeszcze jeden myślnik:

-A jak mamy to niby zrobić? Z tego co widziałem wcześniej, to źródło sięga dosyć głęboko. Potrzebujemy mnóstwa litrów wody, a kontener jest w Barakach. Poza tym- jest metalowy- Nagle obok rozbitków przesunął się kontener- ten sam, o którym mówił Chang.

Jak widać może się z tego wywiązać niezłe zamieszanie Smile. Mi jest łatwiej, jak tak pisze i ufam, że czytelnikom łatwiej jest czytać. Bo nie wiem jak wy, ale dla mnie o wiele bardziej czytelne jest takie coś:

-"A jak mamy to niby zrobić? Z tego co widziałem wcześniej, to źródło sięga dosyć głęboko. Potrzebujemy mnóstwa litrów wody, a kontener jest w Barakach. Poza tym- jest metalowy"- Nagle obok rozbitków przesunął się kontener- ten sam, o którym mówił Chang.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Krzys dnia Śro 16:11, 17 Cze 2009, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Bodzio
Przyjaciel Forum


Dołączył: 22 Kwi 2006
Posty: 3485
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 170 razy
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Śro 16:27, 17 Cze 2009    Temat postu:

Tak, ale mimo wszystko styl z cudzysłowiem jest bardziej charakterystyczny dla książek anglojęzycznych, w polskich spotkałem się raczej tylko z myślnikami. Poza tym, kwestię którą przytoczyłeś można lekko zmodyfikować i...

------------

- A jak mamy to niby zrobić? Z tego co widziałem wcześniej, to źródło sięga dosyć głęboko. Potrzebujemy mnóstwa litrów wody, a kontener jest w Barakach. Poza tym, jest metalowy.

Nagle obok rozbitków przesunął się kontener, ten sam, o którym mówił Chang.
- To nasza szansa! - krzyknął Hugo. - Kontener zmiażdży się wpadając do źródła(...)

-------------

Sam widzisz - myślniki zastąpić przecinkami, opis następujący po wypowiedzi Changa przesunąć do nowego akapitu i wygląda już estetycznie Smile
I nie to, że się czepiam bezczelnie - po prostu chcę pomóc Wink


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Bodzio dnia Śro 16:30, 17 Cze 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Śro 17:04, 17 Cze 2009    Temat postu:

Bodzio napisał:
Tak, ale mimo wszystko styl z cudzysłowiem jest bardziej charakterystyczny dla książek anglojęzycznych, w polskich spotkałem się raczej tylko z myślnikami. Poza tym, kwestię którą przytoczyłeś można lekko zmodyfikować i...

------------

- A jak mamy to niby zrobić? Z tego co widziałem wcześniej, to źródło sięga dosyć głęboko. Potrzebujemy mnóstwa litrów wody, a kontener jest w Barakach. Poza tym, jest metalowy.

Nagle obok rozbitków przesunął się kontener, ten sam, o którym mówił Chang.
- To nasza szansa! - krzyknął Hugo. - Kontener zmiażdży się wpadając do źródła(...)
-------------

Sam widzisz - myślniki zastąpić przecinkami, opis następujący po wypowiedzi Changa przesunąć do nowego akapitu i wygląda już estetycznie Smile
I nie to, że się czepiam bezczelnie - po prostu chcę pomóc Wink


To dobrze, że chcesz pomóc Smile . Może będę pisał bez cudzysłowiu, ale to dopiero przy czwartym odcinku. Trzeciego już sporo zrobiłem i nie chce mi się zmieniać Razz


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ZawaL
Rybak


Dołączył: 06 Mar 2009
Posty: 154
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: West Coast
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Czw 22:10, 18 Cze 2009    Temat postu:

Drobne wpadki składniowe oraz naciągana akcja w niektórych momentach (mówie o kontenerze z wodą, samolocie i ciężarówce z cementem w I odcinku oraz przesuwaniem wyspy i nowym bohaterze w II) ale mimo to historyjki ogromnie wciągają i czyta sie je bardzo przyjemnie Very Happy Oby tak dalej!! Dołączam się do chętnych z info na PW Razz

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Nie 17:08, 21 Cze 2009    Temat postu:

III


Tytuł: "Kandydat"

Postać centryczna: Frank

Główni bohaterowie występujący w odcinku:
Frank Lapidus, Ilana Wendt, Ben Linus, Richard Alpert

Czas rzeczywisty:

Rok 2007:

Dzień po wydarzeniach z drugiego odcinka. Budowa namiotów dobiegła końca, Frank również dostał swój. Wiedział, że jeśli nie może wydostać się z Wyspy to najlepiej będzie przyłączyć się do Innych. W dodatku miał do czegoś kandydować, jednak za cholerę nie wiedział o co chodzi. Lapidus stał właśnie na plaży, znudzony spojrzał na monumentalną stopę, pozostałość po jeszcze większym Posągu. Zastanawiał się, jak wielka mogła mieć budowla za czasów, gdy jeszcze istniała i co przedstawiała. Wtem zauważył kogoś stojącego na podstawie posągu. Szybko zorientował się, że jest to ktoś, kto podszywa się pod Johna Locke'a. Po chwili inni również dostrzegli mężczyznę, lecz trwało to dobrą chwilę, gdyż "Locke" pojawił się znikąd. Ludzie przerażeni zebrali się dookoła Posągu, a Ilana, nie mówiąc nawet słowa złapała za swoją broń i strzeliła w głowę Wroga Jacoba. Kiedy tylko opuściła broń stało się coś, co wprawiło ją w zdumienie- zastrzelony mężczyzna wstał, a jego rana na głowie błyskawicznie się zagoiła.
-"Nie ma sensu..."-rozpoczął Wróg Jacoba, jednak nic więcej nie zdołał powiedzieć. Richard, który właśnie przybiegł krzyknął "Nie pozwólcie mu nic powiedzieć!", a na podstawę Posągu wskoczyło kilkoro Innych, którzy złapali Wroga Jacoba i zrzucili go na plażę. Kilkoro następnych Innych, w tym Frank, złapało Johna za ręce i zaczęło ciągnąć go w stronę dżungli.
-"Nie rozumiecie!... Nie rozumiecie!..."-krzyczał Wróg Jacoba, jednak trudno było mu mówić, gdyż Inni zatykali mu usta wszystkim, co mieli pod ręką. W końcu jednak Locke'owi udało się coś powiedzieć-"Nie macie pojęcia, co oznacza odpowiedź na pytanie! W cieniu Posągu jest ten, co was wszystkich ocali! Pomyślcie, kto był w Posągu, kiedy Richard odpowiedział na pytanie!...". W tym momencie Inni niczym fala zalali Wroga Jacoba, tak iż nic więcej nie mógł powiedzieć. Już miał być zaciągnięty do dżungli, kiedy Richard pełen wątpliwości krzyknął: "Czekajcie! Pozwólcie mu się obronić!". Inni odstąpili od Wroga Jacoba na rozkaz, a Ilana popatrzyła się z niezrozumieniem na Richarda, po czym krzyknęła: "Nie puszczajcie go! Poćwiartujcie, on nie może wydobyć z siebie słowa! Przekabacił już Richarda, nie może przekabacić was!". Słowa Richarda były jednak ważniejsze od słów Ilany. John Locke wstał, otrzepał się i zaczął zmierzać w kierunku podstawy Posągu. Inni rozstąpili się przed nim, a ten wszedł na Posąg i rozpoczął przemowę.
-"Jak zauważyliście, po śmierci Jacoba część waszych zdolności zanikła!"-rozpoczął, a wszyscy zaczęli z uwagą go słuchać-"Zdolność teleportacji pomiędzy światem żywych i umarłych, widzenie przyszłości, przez jedną osobę z grupy, właściwości uzdrawiające Wyspy... Część darów jednak została: Wyspa może być nadal przenoszona, a rany szybciej się goją. O czym to świadczy? O tym, że nie wszystkie dary zostały wam przekazane od Jacoba! Część dostaliście ode mnie! To dowodzi, że JA dbam o Wyspę tak samo jak Jacob, a nasz wewnętrzny konflikt nie ma nic wspólnego z wami!"-w tym momencie z Posągu wyszedł Ben i stanął na krańcu grupy, przysłuchując się przemowie-"Jestem tym, który ma was ocalić, ponieważ za mojego panowania będzie lepiej niż za panowania Jacoba! Wiem jednak, że słowa nie wystarczą. Spójrzcie proszę na tamte drzewo..."-Locke wskazał na małe drzewko na skraju dżungli, którego wcześniej tam nie było. Drzewko było pełne dojrzałych owoców nieznanego pochodzenia. Locke poprosił jednego z Innych o zerwanie owocu z tego drzewa, a zrobiła to Vanessa (mimo usilnych protestów Ilany). Kiedy tylko zerwała owoc, na jego miejscu urosło kolejne.
-"Widzicie?"-zapytał John-"To drzewo jest zawsze pełne dojrzałych i pożywnych owoców. Nie mogę wam oddać tych darów, które dał wam Jacob, ponieważ ja nim nie jestem. Mogę za to dać wam nowe. Dzięki temu drzewu nikt na Wyspie nie będzie już głodował! To jednak nie wszystko. Nie będziemy musieli już werbować nikogo spoza Wyspy do naszej grupy, sami zapewnimy sobie ciągłość społeczności. Odbudujemy Posąg Tawaret!"-Inni po raz pierwszy wznieśli okrzyki radości, po czym okrzyknęli Wroga Jacoba jako nowego przywódcę Wyspy. Ilana załamana patrzyła na wszystko. John tymczasem kontynuował: "Tak! Zostaję nowym Władcą Wyspy! Czy jest ktoś, kto to kwestionuje?"
-"Ja!"-krzyknęła Ilana i wychyliła się z tłumu. Obok niej stanął Bram i dwóch innych pasażerów lotu 316, a do wszystkich dołączył Frank, który nadal liczył na kandydowanie do czegoś
-"W porządku"-odparł Locke-"Ilana i jej grupa zostaje wygnana z obozu i może udać się w dowolnym kierunku"-Bram i Ilana złapali za swoją metalową skrzynię i opuścili plażę. Za nimi poszedł Frank. Nowy Władca Wyspy kontynuował-"Musicie w takim razie znaleźć nowego przywódcę. Ja proponuję Vanessę'- Locke popatrzył pytająco na Richarda, a ten powiedział: "Zgadzam się".
-"Dobrze"-mówił dalej John-"Będę mieszkał tak jak Jacob, w podstawie Posągu. Kiedy przyjdzie pora, wezwę Richarda, abyśmy omówili sprawy Wyspy"-Wróg Jacoba już miał odejść, ale w porę coś sobie przypomniał i powiedział: "Aha, i Ben znów zostaje jednym z Was." Linus odetchnął z ulgą, po czym znów wszedł do podstawy Posągu. Za nim wszedł John, ale od dostał się tam wskakując przez dziurę w podstawie.
-"I co z tym teraz będzie?"-zapytał Ben patrząc na szczątki Jacoba
-"Zapakujesz te części do worka i rozniesiesz je po całej Wyspie"-rozpoczął Wróg Jacoba-"W najbardziej odległe miejsca, tak, żeby były jak najdalej od siebie. Zresztą- dostaniesz listę gdzie masz zanieść konkretną część"
-"Tak jest"-rzekł Ben i złapał za worek, który od tak pojawił się pod ścianą. Zaczął wkładać kolejne części do środka: głowę, stopy, ręce, nogi, korpus... Nawet narządy rozrodcze były odcięte od ciała, jednak Ben wcale nie odczuwał żadnego obrzydzenia. Narządy były bowiem tak zwęglone, że przypominały raczej kawałek skały niż część ludzkiego ciała. Po zapakowaniu Jacoba do worka zarzucił go na plecy i chciał wyjść, lecz zatrzymał się i zapytał Johna: "A jeśli ludzie mnie zobaczą i zapytają, co jest w worku?"
-"Spokojnie, nie zauważą"-uśmiechnął się Locke, po czym zajął się rozpalaniem na nowo ognia, który palił się wcześniej na środku pomieszczenia.
Grupa Ilany i Frank po wygnaniu założyli obóz w dżungli. Mimo iż Frank dopytywał się, do czego ma kandydować i po co niosą ze sobą tą skrzynię, nikt nie chciał mu nic powiedzieć. Ilana mówiła tylko: "Zobaczysz. Jutro wyruszymy i będziesz wiedział, do czego jest nam potrzebna ta skrzynia". Tak więc grupa Ilany spędziła noc w dżungli, żeby następnego dnia ruszyć na pewną wyprawę.
Pierwsze promienie słońca zwiastują nowy dzień na Wyspie. Wczorajsza zmiana sprawiła, że dla każdego ten dzień był zupełnie inny od poprzednich. Nastąpiła wielka chwila; i to nie tylko w dziejach Wyspy, ale także w umysłach ich mieszkańców. Każdy wiedział bowiem, że ma do odegrania nową rolę. Jaka ona będzie, to już zależy tylko od nowego Władcy Wyspy. Ilana i jej grupa również zaczęli wypełniać nową misję, a jej początek zaczął się właśnie tego poranka. Ostatni z owej grupy zbudził się Frank- Bram szturchnął go mówiąc (albo raczej krzycząc): "Wstawaj! Czas ruszać!". Frank wstał, przetarł oczy i zauważył, że Andy i Josh już trzymali skrzynię za uchwyty, gotowi do drogi. Ilana powiedziała: "Ruszamy. Ja będę prowadzić", po czym założyła broń na ramię i weszła w krzaki. Za nią ruszyła skrzynia, później Frank, a na końcu Bram, który zanim opuścił obóz zgasił nogą tlące się jeszcze ognisko. Po kilku godzinach marszu wreszcie dotarli na miejsce. Frank z początku nie widział tam nic szczególnego, jak wszędzie tylko krzaki. W końcu Bram krzyknął: "Tam jest!", a Andy wraz z Joshem postawili skrzynie, po czym jeden z nich podszedł do miejsca, które wskazywał mężczyzna. Lapidus nadal nic nie rozumiał, kiedy Andy wziął do ręki jakiś kawałek skały, po czym z niezwykłą dbałością włożył do skrzyni.
-"Mógłby mi ktoś to wyjaśnić?"-zapytał Frank, nadal nie wiedząc jakie jest jego przeznaczenie-"Jesteście jakimiś zbieraczami minerałów, czy jak?"
-"To nie jest kamień, Frank"-odparł Andy
-"To genitalia Jacoba"-dodała Ilana-"Ben położył je wczoraj w nocy"
-"Zaraz... Po co wam genitalia Jacoba?"-zapytał Lapidus ze zniesmaczoną miną
-"Nie tylko genitalia. Potrzebne nam są nogi, ręce, stopy, korpus... no i głowa. To jest nasza misja- zdobyć wszystkie części, połączyć je i na nowo ożywić Jacoba"
Scenę zakończyło zbliżenie na zdziwioną twarz Lapidusa.
Poszukiwanie części Jacoba szło nadzwyczaj łatwo. Ilana dobrze wiedziała, gdzie iść, poza tym nie chciała się spieszyć, gdyż Ben był tuż przed nimi i to on kładł kolejne części w wyznaczone miejsca. Frankowi nie podobała się ta zabawa w podchody. Zadawał mnóstwo pytań, typu: "Czemu nie można od tak zabrać Benowi worka, tylko trzeba czekać na aż położy część ciała Jacoba na miejscu?". Na to pytanie uzyskał odpowiedź, Ilana powiedziała: "On nie może wiedzieć, że to zbieramy". Na kolejne pytania niestety nie uzyskał odpowiedzi: "Jak zamierzacie ożywić Jacoba?"; "Skąd wiesz, dokąd iść?", no i najważniejsze: "Jaka jest w tym wszystkim moja rola?". Na ostatnie pytanie miał dopiero dostać odpowiedź. Wreszcie, kiedy grupa zebrała dwie części Jacoba (zajęło to Ilanie i jej grupie dwa dni, a w skrzyni znajdowały se genitalia i korpus), nastała pora na najważniejszą część- głowę. Wyruszyli do niej jeszcze drugiego dnia poszukiwań. Natrafili na wielki mur, który przeszli bez problemu, znajdując wejście. Po drugiej stronie szli jeszcze około kilometr, aż w końcu dotarli na miejsce. Dotarli do Świątyni. Oczom Lapidusa i reszty ukazała się wielka budowla, naszczepiona hieroglifami, która świeciła w jasnym słońcu, jakby mówiąc: "Wejdź, zapraszam". Wielka łukowata brama była wejściem na dziedziniec owej starożytnej budowli, która jeszcze niedawno była zamieszkana. Na dziedzińcu widać było ślady po namiotach, świeżo zgaszone ogniska... Frank bał się, że niedługo ktoś na nich napadnie, ale Ilana powiedziała: "Spokojnie. Nic nam nie będzie". Grupa Ilany przeszła przez wąską, kamienną ścieżkę prowadzącą wprost do głównej Świątyni, która mimo swej wielkości miała wyjątkowo małe wejście, za którym- o zgrozo- panowała nieprzenikliwa ciemność. Nawet małe okienka w Świątyni nie przepuszczały żadnego światła. Kiedy grupa Ilany zaczęła się zbliżać do owego wejścia, wcześniejsze: "Wejdź, zapraszam", gdzieś zanikło, a pojawił się tylko lęk. W końcu przystanęli przed wejściem, a Andy i Bram położyli metalową skrzynię na trawie.
-"No to jesteśmy na miejscu..."-mruknęła Ilana z żalem
-"Tam znajduje się kolejna część Jacoba, tak?"-zapytał Lapidus
-"Tak, Frank. I Twoje przeznaczenie"
Lapidus popatrzył chwilę w straszliwą ciemność czającą się za wejściem, po czym wszystko zrozumiał: "To ja mam tam wejść, tak? Do tego kandydowałem?"
-"Nawet nie wiesz, jak ważne jest Twoje zadanie"-powiedziała Ilana-"Tam znajduje się umysł Jacoba, jego najważniejsza część. To jest bardzo niebezpieczne zadanie i pewne jest, że go nie przeżyjesz"
-"Zaraz, co to znaczy? Że mam się dla was poświęcić?"
-"Nie dla nas, Lapidus!"-krzyknął Bram-"Tylko dla całej Wyspy!"
-"Nie ma mowy"-zaśmiał się Frank-"Nie nabierzecie mnie na jakieś gadki o przeznaczeniu"-Lapidus zaczął odsuwać się od reszty i cofać się w stronę wyjścia z dziedzińca-"Rozumiem, pomagać w zebraniu Jacoba do kupy, pomagać we wszystkim.... Co innego mam robić na tej Wyspie? Ale żeby zaraz poświęcać życie? Myślałem, że kandyduję na jakiegoś przywódcę, mam jakąś ważną misję..."
-"Masz ważną misję, Frank!"-krzyknęła za nim Ilana, gdyż Frank był coraz dalej
-"O nie, nie ma mowy! Wy się poświęcajcie, nie ja! Wyspa nie jest moim domem, a ja nie podlegam Jacobowi!".
Frank odwrócił się w stronę wyjścia, po czym uciekł. Ilana popatrzyła za nim żałosnym wzrokiem, a Josh usiadł na skrzyni zrezygnowany.
-"Dokąd właściwie idziemy?"- zapytała jedna z Innych, podczas gdy Ben prowadził grupę Innych ze Świątyni
-"Zobaczycie"-odparł Ben, który nadal niósł ze sobą brązowy worek. Był on juz znacznie lżejszy niż wcześniej, więc Linus trzymał go w ręku, nie nosząc na plecach. Nadal jednak trochę ważył-"Nastąpiła wielka chwila dla Wyspy i musicie się o tym dowiedzieć"
Wtem Ben zatrzymał się, a wraz z nim zatrzymała się cała grupa Innych.
-"Dalej idźcie sami"-powiedział Benjamin-"Ja muszę jeszcze załatwić kilka spraw. Resztę ludzi znajdziecie przy Posągu, tam czeka na Was prawdziwa niespodzianka"-Ben uśmiechnął się, po czym zniknął w krzakach. Inna popatrzyła się na swoją grupę, po czym wzruszyła ramionami i ruszyła dalej. Za nią poszła reszta Innych.
Lapidus nadal idzie dżunglą, wściekły na siebie i Ilanę. Nie wiedział, co ma o tym myśleć, chciał tylko żyć. Szedł szybko przed siebie, aż w końcu dotarł do muru. Tam zatrzymał się, żeby złapać oddech. Wtem ktoś stanął za Lapidusem i krzyknął: "Jesteś tchórzem, Frank!". Frank odwrócił się przerażony i ujrzał... pilota samolotu Oceanic 815, Setha Norrisa.
-"Seth?..."-wyszeptał Frank, ledwo wydobywając z siebie głos
LOST


Retrospekcje:

Brodaty Lapidus siedzi spokojnie w lotniskowym barze i popija gorącą czekoladę. Skończył juz pracę, jednak czekał jeszcze na kogoś. W końcu ktoś zbliżył się do Frank, a ten odwrócił się energicznie i zobaczył swojego przyjaciela, Setha.
-"Witaj, Seth"-uśmiechnął się Frank witając się z pilotem-"Jak tam lot?"
-"Jak zwykle, nudy"-zażartował Norris-"A Ty skończyłeś już pracę, co tutaj robisz?"
-"Chciałem się z tobą zobaczyć"-Norris i Frank odeszli od baru i zaczęli iść w stronę wyjścia z lotniska-"Może spotkamy się jutro wieczorem na piwku i pogadamy?"
-"No nie wiem.. Chyba będziesz miał inne zajęcia. Słyszałem, że przydzielono cię do środowego lotu do Los Angeles"
-"To dopiero za dwa dni, na pewno się wyrobię. To jak, piwko?"
-"Tylko żebyś za dużo nie pił, bo potem nie wstaniesz"-uśmiechnął się Seth i podał rękę Frankowi, po czym wsiadł do swojego samochodu przy lotnisku. Frank dotychczas był uśmiechnięty, ale kiedy tylko Norris go opuścił mina mu zrzedła i spojrzał się żałosnym wzrokiem na odchodzącego kumpla...
Wieczór dnia następnego. Frank umówił się z Sethem w barze najbliżej swojego miejsca zamieszkania. Na dworze było ciemno i deszczowo, co odzwierciedlało nastrój głównego bohatera. Lapidus nie przejmując się ulewą złapał za luźną kurtkę i wyszedł z mieszkania.
-"Powiesz mi wreszcie, co się stało?"-zapytał Seth popijając duże piwo w barze. Naprzeciwko niego siedział Frank z niezbyt wesołą miną
-"Właśnie o tym mieliśmy porozmawiać"-mruknął Frank, po czym odetchnął ciężko i wyciągnął z kieszeni telefon
-"Co? Co mi chcesz pokazać?"
Frank włączył jakiś filmik, po czym pokazał Norrisowi. Akcja filmiku działa się w szatni. Seth otwierał jakąś szafkę, po czym wyciągał portfel, z którego z kolei wyciągnął spory plik pieniędzy. Rozejrzał się, czy nikt go nie widzi, w tym momencie kamera przestała pokazywać Setha i zajęła się pobliską ścianą za rogiem. Po chwili znów wróciła do pilota, który chował portfel do szafki.
-"Hank nagrał ten film jakiś czas temu"-szepnął Frank-"A ja się zastanawiałem, kto ukradł mi te pieniądze. Nie poszedłem na policję tylko dlatego, że się przyjaźnimy.
-"Frank, zrozum..."-jęknął Seth wypijając duży łyk piwa-"Po śmierci żony mam ciężką sytuację, potrzebne mi były pieniądze. A Ty od tego nie zbiedniałeś"
-"Nie o to chodzi"-warknął Frank-"Mogłeś po prostu poprosić, pożyczyłbym Ci. A Ty po prostu je ukradłeś!'
-'Dobra, oddam Ci je. Co do grosza. Tylko nie wzywaj policji"
-"Policji, tak? Tego się boisz? Masz gdzieś, że okradłeś kogoś, kto Ci ufał?"
-"Ale moja żona..."
-"Nie zasłaniaj się żoną! Powiedziałem, że mogłeś poprosić! Nie chcę, żebyś mi to oddawał, ani żebyś płacił za to, co zrobiłeś. Chcę tylko, żebyś przyznał się do tego, że zrobiłeś podłą rzecz, że żałujesz i przepraszasz..."
-'Przykro mi Frank, ale nie żałuję"-odparł Seth-"Dzięki Twoim pieniądzom udało mi się spłacić przynajmniej część długów żony"
Lapidus milczał przez chwilę, po czym dokończył swoje piwo i mruknął: "Wynoś się już". Norris wstał, ale zanim wyszedł powiedział jeszcze: "Kiedy zdecydujesz sę, żebym Cię przeprosił bez żalu za mój czyn, to zadzwoń. Może jakoś to rozwiążemy". Seth wyszedł, a Frank podszedł do barmana i zmówił jeszcze jedno duże piwo. Załamany usiadł przy swoim stoliku i zaczął je powoli sączyć...
Pilot powoli otworzył oczy. Nie był już w barze, leżał w jakiejś uliczce trzymając w ręku butelkę wódki. Na dworze był już jasno, a słońce strasznie oślepiało Lapidusa. Frank przejrzał swoje kieszenie, jednak za nic nie mógł znaleźć portfela i komórki. Wtem przypomniał sobie, że ma dzisiaj lot. Wstał gwałtownie i pobiegł do swojego mieszkania. Wpadł do domu i od razu złapał za telefon- miał mnóstwo nieodebranych wiadomości. Nie chciał już dzwonić, więc złapał tylko za klucze od samochodu i pojechał na lotnisku. Tam dowiedział się, że samolot już wystartował, a że nie mogli się z nim skontaktować, to jego miejsce zajął Seth Norris. Frank pomyślał tylko: "Ale wstyd...", po czym z wielkim bólem głowy wrócił do domu.
Dzień później, Frank siedzi w tym samym lotniskowym barze, w którym czekał na Setha, tylko zamiast gorącej czekolady miał piwo. Znów czekał na Norrisa, teraz jednak bardziej załamany niż spokojny. W końcu nikt nie nadszedł, a Lapidus nie mógł dojrzeć nawet lądującego samolotu. W końcu, po ponad dwugodzinnym czekaniu zdecydował się pójść do kierownika i zapytać o zagubiony lot.
-"Myślałem, że ktoś pana poinformował, panie Lapidus"-mruknął kierownik-"Wczoraj lot 815 zniknął z radarów. Do tej pory nie pojawił się w Los Angeles"
-"Co?..."-jęknął Frank siadając na krześle
-"Przykro mi, panie Lapidus. Niedługo zaczną się poszukiwania, może nic takiego się nie stało. Chociaż... Samolot zaginął na dnie Pacyfiku. Wszyscy musimy się przygotować, że na czas poszukiwań anulują wszystkie loty. Będzie pan bez pracy, panie Lapidus"
Frank po tej wiadomości jeszcze bardziej się załamał. Wiedział, że to przez niego Seth może już nie żyć. Zaraz po wizycie u kierownika zwolnił się z pracy, po czym poszedł do baru i tam się upił. Po zwolnieniu się z Oceanic Airless zatrudnił się w biurze podróży "Carribean Dreams". Pił coraz więcej, dopiero kiedy zorientował się, że pilot na dnie oceanu to nie Seth Norris, przestał i zdecydował się bliżej przyjrzeć felernemu lotu Oceanic 815. Jego ulubioną lekturą stała się lista pasażerów i załogi samolotu. Trzy miesiące po zaginięciu Setha do Franka zgłosili się dziwni ludzie, która zaproponowali mu pracę. Lapidus chciał odmówić, jednak kiedy dowiedział się, że tam, gdzie ma się znaleźć mogą być żywi pasażerowie lotu Oceanic 815... Zdecydował się przyjąć ową pracę.

Umiejscowienie odcinka w czasie: od 19 grudnia 2007 roku do 21 grudnia 2007 roku


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Krzys dnia Nie 19:25, 21 Cze 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ZawaL
Rybak


Dołączył: 06 Mar 2009
Posty: 154
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: West Coast
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Nie 23:29, 21 Cze 2009    Temat postu:

Opis fajny, gratuluję pomysłowości ale... Czemu tak przyczepiłeś się do tych genitaliów Jacoba xD trochę to takie niesmaczne Razz

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Pon 10:28, 22 Cze 2009    Temat postu:

ZawaL napisał:
Opis fajny, gratuluję pomysłowości ale... Czemu tak przyczepiłeś się do tych genitaliów Jacoba xD trochę to takie niesmaczne Razz


Grupa Ilany zebrała najpierw genitalia, żeby Frank z początku nie wiedział o co chodzi Razz . Jakby zebrali nogę, czy rękę, to wszystko by było wiadomo, a chciałem trzymać w niepewności do ostatniej chwili. A czemu Wróg Jacoba oddzielił je od reszty ciała?... Będę musiał dać odpowiedź na to pytanie już po całym fanficku, ponieważ motywy, jakimi się kierowałem mogą zdradzić całą genezę serialu


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Patryk1994
Mieszkaniec Mrocznego Terytorium


Dołączył: 01 Lut 2008
Posty: 438
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3

Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Pon 16:06, 22 Cze 2009    Temat postu:

Odcinek 2

Akcja coraz bardziej się rozkręca, fajnie to wszystko przedstawiłeś i już w 5 sezonie Sun była w stanie zrobić wszystko by zobaczyć się z Jinem, ale to co robi w twoim fanficku jest szalone oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Odcinek 4

Niektóre elementy trochę takie naciągane, ale ogólnie to całość jest ciekawa i wciągająca. Czekam na więcej odcinków.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Nie 16:02, 28 Cze 2009    Temat postu:

IV


Tytuł: "Przyszłość oczami Jamesa Forda"

Postać centryczna: Sawyer

Główni bohaterowie występujący w odcinku:
James Ford, Bernard Nadler, Rose Nadler, Sayid Jarrah, Jin-Soo Kwon, Richard Alpert


Ten odcinek wyjątkowo nie zawiera żadnych scen rzeczywistych.


Futurospekcje:
W pierwszej scenie widzimy nogi kogoś biegnącego przez dżunglę. Ten ktoś ma udo prowizorycznie zawiązane kawałkiem materiału, a od wewnątrz cieknie krew. Z tego powodu zapewne ów człowiek utyka, zamiast biec sprawnie i szybko. Kiedy kamera jedzie coraz wyżej, pokazując nam resztę biegnącego człowieka, widzimy, że materiał zawiązany na nodze to kawałek bluzki, na co wskazuje kolor i brak jednego z rękawów. Po chwili kamera najeżdża na twarz mężczyzny. Wtedy widzimy, że uciekającym jest Sawyer. James pędzi przez dżunglę śmiertelnie wystraszony, co chwila odwracając się za siebie. W końcu zatrzymał się i ciężko oddychając rozejrzał dookoła, tak jakby czegoś nasłuchiwał- albo decydował się, w którą stronę chce biec. W końcu znów ruszył do swojego nieudolnego biegu, a po twarzy zaczął kapać mu płyn- nie do odgadnięcia było, czy to pot, czy łzy. W końcu James wypadł z dżungli, wprost na teren.... Rose i Bernarda.
-James?!-wykrzyknął Bernard rzucając na ziemię puszkę kukurydzy "Dharma", którą wcześniej trzymał w ręku
-Co się stało?-dodała Rose pomagając usiąść zmęczonemu uciekinierowi
-Nie chcę o tym mówić...-jęknął Sawyer trzymając się za nogę
-Pokaż-Rose zdjęła kawałek bluzki i obejrzała ranę, a Bernard zapytał strwożony: "O mój Boże, co Ci się stało?"
-Zostałem postrzelony w nogę-jęczał James. Teraz, kiedy odpoczął, można było dojrzeć łzy kapiące mu po policzku-Mógłbyś to opatrzyć, Bernard?
-Jasne-odparł mężczyzna-Rose, przynieś apteczkę z domku
Pani Nadler pobiegła do domku, a tymczasem Bernard zaczął oglądać nogę Jamesa. Po chwili powiedział: "Nie jest tak źle, uda się wyciągnąć kulę". Za chwilę z domku wybiegła Rose, trzymając rękach metalowe, srebrne pudełko z napisem "Dharma". Położyła je na trawie w pobliżu Bernarda, a ten otworzył i zaczął wyjmować bandaże, alkohol i inne potrzebne rzeczy do wyjęcia kuli. Rose przez ten czas stała obok i patrzyła się żałosnym wzrokiem na wszystko. Małżeństwo ni chciało zadawać Fordowi żadnych pytań, jednak każde z nich wiedziało, że mężczyzna przeżył bardzo ciężkie chwile. W końcu noga Jamesa była opatrzona. Bernard zawiązał bandaż na nodze Sawyera, po czym opuścił nogawkę spodni i powiedział: "Gotowe". James wstał, wtarł łzy i popatrzył się na Bernarda i Rose. Kobieta stała jeszcze chwilę z żałosną miną, ale szybko wróciła do rzeczywistości i jakby wyrwana ze snu zapytała: "Zostaniesz na obiad? Właśnie przygotowuję dzika". James nie zdejmując ani na chwilę swojej załamanej miny, odparł: "W porządku. Muszę chwilę odpocząć..."
Bernard wystawił duży, własnoręcznie zbudowany stół na środek podwórza i wszyscy zasiedli do wieczerzy, jedząc palcami na potłuczonych talerzach.
-Po co wam taki duży stół?-zapytał James żując kawałek mięsa
-Bernard zbudował go zaraz po tym, jak nas spotkaliście-odparła Rose-Myśleliśmy, że kiedyś może się nadarzyć okazja do wspólnego posiłku
-Ale na pewno się nie domyślaliście, że odbędzie się to w tak dramatycznych okolicznościach
-No nie całkiem-odparł Bernard-Zawsze jesteście na coś narażeni, więc kulka w nodze to najmniejsze zło
W tym momencie James wybuchnął płaczem.
-Przepraszam!...-wykrzyknął-Przepraszam, że wtedy was nie posłuchaliśmy. Wszystko by się inaczej ułożyło, moglibyśmy żyć spokojnie i szczęśliwie. A teraz nic już nie ma! Nic!...
Rose wstała z pieńka, na którym siedziała i podeszła do Jamesa, po czym położyła ręce na jego ramionach. James przestał nagle płakać, jakby zawstydzony tym, że to właśnie on się rozkleił. Mruknął: "Jedzmy", po czym zaczął skubać kawałek mięsa z talerza, nachyliwszy się nad nim tak, że włosy zasłaniały całą twarz.
-Muszę już iść-szepnął James głaszcząc Vincenta, który siedział przy jego nogach. Ford wstał os stołu i mruknął: "Dziękuje za obiad", po czym ruszył, aby zniknąć w dżungli.
-Poczekaj, może byś z nami został?-zapytał Bernard również wstając od stołu i podchodząc do Jamesa. Za nim ruszyła Rose.
-Jeśli tu przebywam, jesteście narażeni na śmiertelne niebezpieczeństwo-odparł Sawyer-Muszę iść dla waszego dobra...
Bernard zasmucił się, po czym podał rękę Jamesowi i powiedział: "Może jeszcze kiedyś nas odwiedzisz". Rose również pożegnała się z mężczyzna, po czym Sawyer wyszedł z podwórka. Jego noga po opatrzeniu zdawała się jakby mniej boleć, więc James zdecydował się biec. Ford nie biegł za długo, robił sobie częste przerwy. W końcu nastała noc i mężczyzna musiał gdzieś zanocować. Odnalazł jaskinię, do której wszedł i położył się gdzieś na boku. Próbował zasnąć, jednak ciągle dręczyły go koszmary. Kiedy tylko usypiał, zaczynał szybko ruszać oczami i pocić się, aż w końcu się budził Tak było do szóstego razu, gdyż przy tej pobudce Sawyer nie do końca wiedział, co było jej powodem: kolejny koszmar, boląca rana, czy dziwne światło wypełniające jaskinię. Światło to pochodziło z pochodni umieszczonej pomiędzy skałami, a kilka skał dalej siedział jakiś mężczyzna w podartym ubraniu. Kiedy tylko James go zobaczył, podskoczył jeszcze bardziej niż po koszmarnej pobudce.
-Przyszedłeś mnie zabić, tak?-zapytał James, za wszelką cenę próbując zachować spokój. Nie wychodziło mu to jednak zbyt dobrze
-Nie-odparł mężczyzna-A uwierz mi, chciałbym. Twoi ludzie domagają się osądzenia Ciebie zgodnie z prawem
-To i tak oznacza śmierć-zaśmiał się szyderczo Sawyer
-Dokładnie-tajemniczy mężczyzna wstał i podał rękę Jamesowi, pomagając mu wstać-Z tymże przybierze ona formę publicznej egzekucji. Teraz chodź, najbliższy dzień spędzisz w niewoli w naszej wiosce
Sawyer bez słowa poszedł za mężczyzną, który złapał za pochodnię i ruszył w stronę wyjścia z jaskini. Po leżeniu na wilgotnym miejscu rana zaczęła znów go uwierać, więc poruszał się kuśtykając.
Następna scena miała miejsce już następnego dnia, Ford siedział w namiocie z zawiązanymi rękoma. Miał spuszczoną głowę, która podniosła się dopiero, gdy do środka namiotu ktoś wszedł. Był to Sayid, którego prawa ręka wisiała na temblaku.
-Sayid...-szepnął James-Co Ty tu robisz?
-Dlaczego to zrobiłeś, James?-zapytał Sayid stojąc jeszcze w progu
-I tak nie zrozumiesz...-zaśmiał się James
-Spróbuj-Sayid usiadł obok Sawyera
-Ty nie miałeś po co żyć, dlatego nie zrozumiesz. Ja miałem tu całe życie!
-To Cię nie usprawiedliwia. Nigdy bym nie podejrzewał, że zrobisz coś takiego. Gdybym na własne oczy tego nie widział, broniłbym Cię własną piersią. A tak wszyscy wiedzą, że jesteś winny i nie mogą nic zrobić, żeby Cię uratować...
-Nie ja jestem temu winny, Sayid. Zresztą, wszystko mi jedno. Nie mam teraz po co żyć...
-Skoro nie masz po co żyć, to czemu uciekłeś, zamiast zapłacić za to, co zrobiłeś?
James zastanowił się chwilę, po czym mruknął:
-Przestraszyłem się tego co zrobiłem... Nie kary się bałem, tylko tego, co miałem przed oczami
Sayid wstał i popatrzył się z góry na mężczyznę. Po chwili powiedział: "Egzekucja odbędzie się dzisiaj o 15:00", po czym opuścił namiot.
James nadal siedział w takiej pozycji, w jakiej zostawił go Sayid, kiedy nadeszła 14:00. Do namiotu zajrzał mężczyzna, który powiedział: "No Ford, szykuj się na tamten świat". Drugi mężczyzna wszedł do środka, złapał Jamesa za więzy na rękach i wyprowadził z namiotu.
Wtedy dopiero widać było, że rzecz dzieje się w wiosce Innych. Na zewnątrz zebrał się tłum ludzi, którzy rozstąpili się przed skazanym, a dwóch Innych doprowadziło go na koniec wioski. Tam James ujrzał podest, na którym widniały trzy stare kolumny. Do szczytu każdej z kolumn przybity był łańcuch, który zwisał aż do ziemi. Na jednej kolumnie James dojrzał ślady krwi. Właśnie do niej Inni doprowadzili Forda, po czym zdjęli mu więzy i założyli na ręce metalowe kajdany znajdujące się na końcu łańcucha. Zaczęli ciągnąć z drugiej strony kolumny za łańcuch, skracając go tak, że ręce Sawyer powędrowały do góry, sprawiając, ż mężczyzna prawie wisiał przy tej kolumnie. Inni zablokowali łańcuch i dołączyli do tłumu. Łańcuch rozciągał mu ręce i sprawiał straszliwy ból, jednak James dostał wreszcie chwilę spokoju i rozejrzał się po tłumie. Prawie po wszystkich stronach podestu zebrali się Inni, zostawiając miejsce tylko z tyłu, gdyż tam była dżungla. Sawyer dostrzegł Sayida patrzącego w milczeniu na wszystko, również Jin stał gdzieś z tyłu i spoglądał na sytuację. James nie zaprzestał rozglądania, jakby kogoś szukając. Nie mógł jednak znaleźć osoby, której szukał. Egzekucja tymczasem nabierała postępu. Z tłumu wyszedł Richard z bronią, który stanął naprzeciwko Jamesa i rozpoczął przemowę: "Jamesie Ford, zostałeś skazany na śmierć za...". W tym momencie ktoś przerwał przemowę Richarda, wypadając z dżungli, jakby przez kogoś goniony.
-Marck?!-wykrzyknął Richard zaskoczony-Wiesz, co właśnie przerwałeś?
-Idą... Idą tutaj...-jęczał Marck łapiąc oddech-Cała armia. Inicjatywa Dharma wypowiedziała wojnę
-Że co?!-wykrzyknął Widmore, wychodząc na czoło tłumu-Mieliśmy pokój!
W tym momencie padły dwa strzały w powietrze i wszyscy Inni odwrócili się w stronę strzelającego. Z drugiej strony dżungli wyłonił się Radzinsky wraz z kilkunastoma swoimi ludźmi. Stuart złapał jednego z Innych i przystawiając mu broń do głowy, krzyczał jakby w gorączce-Mieliśmy dobry pomysł z tą zmyłką! Wysyłając całą armię mogliśmy przekraść się druga stroną aż tutaj!
-Nie wygłupiaj się-rzekł Richard nie puszczając broni z ręki-Mieliśmy rozejm
-Który szybko zniszczyliście! Nie wypowiedzieliśmy wojny, kiedy na nasz teren wkradł się szpieg, ale postrzelenie i porwanie kilkunastoletniego chłopca to zdecydowana przesada! To koniec, Richard!-Stuart odrzucił Innego, po czym wymierzył bronią w Richarda-Albo my, albo wy!
Radzinsky zaczął strzelać w kierunku tłumu Innych i szybko wywiązała się strzelanina. Ludzie Dharmy schowani w dżungli mieli dobrą pozycję do ostrzeliwania nieuzbrojonego tłumu, tylko kilkoro Innych trzymało broń i strzelało z niej. Po tym, jak padło czworo Innych, Jin dostał się na czoło tłumu i zaczął strzelać do Radzinskiego, który w swojej wściekłości nawet nie ukrył się za krzakami. Przy trzecim strzale trafił Stuarta w głowę, tym samym pozbawiając go życia. Inni pracownicy Dharmy również byli straceni, gdyż znienacka Inni zaczęli się pojawiać tuż za nimi, ostrzeliwując grupę z dwóch stron. W końcu padł ostatni członek Dharmy, który zdążył jeszcze zabić Marcka, zanim wyzionął ducha.
James przez cały czas strzelaniny skulił się za kolumną i starał się przetrwać. Kule waliły w jego kolumnę, jednak na szczęście żadna go nie dosięgła. Po strzelaninie i wybiciu wszystkich ludzi Dharmy, Inni zabrali się do oczyszczania dżungli z ciał. Kilkunastu ludi opuściło obóz i zabrało gdzieś ciała zabitych ludzi, zostawiając tylko ciała swoich ludzi. Te z kolei zostały powoli ułożone obok siebie. Charles popatrzył się na powystrzelanych Innych i krzyknął: "Kto do tego doprowadził, do diabła?! Przecież oddaliśmy im dzieciaka, do tego nikt z nas do niego nie strzelał!"
-Nieprawda!-odezwał się Richard, wychodząc z tłumu Innych-Nie chciałem wam tego mówić wcześniej, ponieważ nie było takiej potrzeby, ale teraz chyba każdy musi wiedzieć. To Sayid. Sayid postrzelił Bena.
W tym momencie z tłumu wybiegł Jarrah, chcąc uciec z wioski. Dopadła go jednak Eloise, która uderzyła go karabinem w twarz tak, że żołnierz przewrócił się na ziemię. Zaczęła celować do nieszczęśnika.
-Więc to Ty wszystko rozpocząłeś, tak? Ten konflikt to Twoja sprawka?-Sayid nie odzywał się, więc Eloise odwróciła się w stronę Charlesa.
-Musimy im go oddać!-krzyknęła do swojego ukochanego-Tylko to złagodzi ten konflikt
-Nie!-wykrzyknął Jin, który stał niedaleko Widmore'a-Nie pozwolę na to
-Chcesz, żebyśmy i Ciebie wyrzucili?-burknął Widmore-Nie masz tu nic do gadania!
Tym momencie Sayid poderwał się z ziemi i wbiegł do dżungli, zrzucając z siebie temblak. Charles krzyczał do Eloise: "Strzelaj, do diabła! Strzelaj!", jednak ta stała bez ruchu. Po chwili powiedziała:
-Nie, on pobiegł do ludzi Dharmy. Pogodził się z tym, że tylko oddanie się w ich ręce może złagodzić konflikt...
-Skąd to wiesz?-zapytał niegrzecznie Charles podchodząc do Eloise
-Po prostu, wiem-odparła Eloise ze spokojem
-A co mamy zrobić z nim?!-krzyknął Richard wskazując na Jamesa-Przez ten atak musieliśmy wstrzymać egzekucję!
-I egzekucja zostanie wstrzymana-odparł Charles-Za dużo dzisiaj było śmierci, poza tym winny tego wszystkiego sam podda się karze-Widmore odwrócił się do kilku innych stojących najbliżej namiotu, po czym rozkazał-Naznaczyć go i wypuścić!
Jeden z Innych pobiegł do namiotów i wszedł do jednego z nich, po czym wrócił z metalowym prętem, na końcu którego znajdował się krzyż łaciński. Przez punkt przecięcia się ramion przechodził jeszcze jeden, mniejszy krzyż- św. Andrzeja. Inni zabrali się do rozpalania ogniska, a tymczasem ludzie zaczęli powoli odchodzić z miejsca egzekucji, wracając do swoich namiotów. Jin podszedł do Jamesa i rozkuł go z kajdan. Sawyer z kwaśną miną pomacał się po rękach, po czym zszedł z podestu.
-W sumie dobrze się stało, że przeżyłeś-odparł Jin ciągle trzymając kajdany w ręku
-Nie wiesz, gdzie jest Kate?-zapytał James odwracając się do Jina, a jego mina wreszcie skruszała
-Po co Ci ona, co?-zapytał Jin i również zszedł z podestu-Was związek dawno się skończył
-Tak, ale... Kiedy już miałem umrzeć, zacząłem rozglądać się po obozie. Szukałem Kate. Chciałem zobaczyć ją ten jeden, ostatni raz przed śmiercią... Teraz też chciałbym ją zobaczyć, zanim odejdę
-Przykro mi, James-odparł Jin ze spuszczoną głową-Nie możesz jej zobaczyć. Idź już, bo chyba znamię się rozgrzało.
Rzeczywiście, ognisko się już paliło, a w jego środku leżał rozgrzany do czerwoności krzyż.
-Przeproś ją ode mnie, proszę-jęknął James ze łzami w oczach-Za wszystko.
Sawyer odszedł do Jina i wolnym krokiem zbliżył się do Innych stojących przy ognisku. Richard złapał za pret leżący w ognisku, po czym rozkazał Jamesowi odwrócić się i podciągnąć koszulę. Mężczyzna posłusznie uczynił wszystko, a Alpert krzyknął jeszcze do dwóch Innych stojących przy ognisku: "Złapcie go za ręce". Inni silnym uściskiem przytrzymali Jamesa, a Richard nie zastanawiając się ani chwili przycisnął znamię do pleców Jamesa. Ten zaciskając zęby nie krzyknął ani razu, lecz Inni musieli go trzymać, gdyż pierwsze dotknięcie porządnie zatrzęsło całym mężczyzną. James usłyszał syk, a z pręta poleciał dym. W końcu Richard oddalił pręt od ciała napiętnowanego, po czym włożył go do wiadra pełnego wody, znajdującego się obok ogniska. Efekt był taki sam, jak przy przyłożeniu pręta do ciała Sawyera- krótki syk i dym.
Inni puścili Jamesa, a ten ledwo się wyprostował z bólu. Richard, który właśnie schładzał pręt, powiedział do Forda: "Możesz już iść". James podwinął koszulę i z nieustającym grymasem bólu na twarzy ruszył w stronę dżungli.
Ford szedł i szedł, aż w końcu doszedł do domku Rose i Bernarda. Była już późna noc, więc James poznał ich domek tylko po świetle, które paliło sie w środku. Sawyer podszedł powoli do okna i zajrzał przez nie. W środku paliło się dużo świec,a przy stole siedzieli Rose i Bernard; rozmawiali. Wtem ze strony podwórza dobiegło szczekanie, po czym dosłownie za moment zaczęło dochodzić spod nóg Jamesa. Bernard i Rose poderwali się z miejsc widząc jakiegoś mężczyznę przy oknie, a James zaczął krzyczeć: "Spokojnie, piesku! To ja!". Bernard złapał za strzelbę, a Rose za potrójny świecznik, po czym małżeństwo wybiegło z domu. Widząc Sawyera i łaszącego się u jego nóg Vincenta, Bernard odetchnął z ulgą i opuścił strzelbę.
-Jednak wróciłeś-rzekł staruszek z uśmiechem
-Tak-odparł Sawyer głaszcząc Vincenta-I chyba będę musiał tu zostać... Przepraszam, że zakłócam Wam spokój, ale nie mam dokąd pójść
-Żartujesz? Wcale nam nie przeszkadzasz-powiedziała Rose kierując swe kroki do domku-Chodź, trzeba znaleźć Ci jakieś miejsce do spania.
LOST

EDIT:

Umiejscowienie odcinka w czasie: Ze względu na brak scen rzeczywistych odcinek nie jest umieszczony pomiędzy żadnymi datami


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Krzys dnia Nie 16:03, 28 Cze 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Wto 20:33, 07 Lip 2009    Temat postu:

Informuję, że od jutra nie będę miał dostępu do komputera przez cały miesiąc i uniemożliwi mi to dalsze pisanie odcinków. W związku z tym nastepuje miesięczna przerwa, a dotychczas wydane odcinki traktujcie jak wewnętrzną "mini serię" Smile . Żeby jednak nie zostawić tematu bez żadnych "świeżości", proponuję kilka spojlerów.

Przyszły odcinek:

- bohaterem przyszłego odcinka będzie Jack, a epizod zostanie przedstawiony w formie zapychacza (mimo, iż wyjaśni się trochę spraw). Podobnie jak przy odcinku czwartym, w tym też nie będzie żanych scen rzeczywistych

Informacje dotyczące nowych postaci:

- Cam jest dosyć tajemniczą postacią, tym bardziej, że sam nie wie kim jest. Jego tajemnica wyjaśni się dopiero w ostatnim odcinku

- Vanessa zostala wprowadzona tylko ze względu na zapotrzebowanie na postacie kobiece i nie mam w związku z nią jakiś planów na przyszłość (może przeżyć do końca serialu, ale może zginąc też za kilka odcinków). Nie mniej, jej retrospekcje posłużą do wyjaśnienia pewnej męczącej kwestii

- Wkrótce do serialu dołączy nowa postać: będzie to niepokojący mężczyzna, skory do przemocy i nietrzmający się żadnych wartości. Nazywa się Sam


Śmierć:

- Możemy spodziewać się dużo zgonów w tym sezonie, najwięcej przypadnie na finał. Już w najbliższym odcinku z akcją dziejącą się na Wyspie w 2007 roku możemy spodziewać się straty jednej z postaci. I nie będzie to Ilana Razz


...No i to tyle w kwestii spojlerów. Teraz czas na mały sneak peak z przyszłych odcinków:

-"Jesteś tchórzem, Frank"-powtórzył Seth, wpatrując się na Franka przeszywającym wzrokiem
-"Ja.... Myślałem, że nie żyjesz"-odparl Frank
-"Bo nie żyję. Ale teraz moja smierć pójdzie na marne"
-"Jak to? Przecież nie masz nic wspólnego z tym, co się teraz dzieje"- jęczał Frank już ze łzami w oczach
-"Mylisz się. Wiesz, dlaczego zginąłem? Ponieważ nie byłem godny przebywać na Wyspie, to miejsce w kabinie pilotów było przeznaczone dla Ciebie. Nie przypadkowo wyznaczyli Ciebie do tego lotu- już wtedy Wyspa wiedziała, że masz być Kandydatem. Niestety, nasza kłótnia wszystko popsuła. Ale i tak Wyspa znalazła sposób abyś tu trafił, tylko trochę innym sposobem niż wcześniej. I kiedy znów odszedłeś, ściągnęła Cię z powrotem."
-"Nie mogę... Wyspa nie będzie sterować moim losem"
-"Pamiętasz, dlaczego zostałeś alkoholikiem? Pamiętasz ten moment, Frank? Czy teraz chcesz odkupić swoją winę? Teraz masz szansę, nie zaprzepaśc tego!"
-"Ale... Przecież zginę"
-"Zastanów się lepiej, czy masz po co żyć"


Jak wrócę to dam kolejnego sneak peake'a + jakiś trailer (jeśl tylko uda się sklecić coś interesującego przy serialu "pisanym" Razz ). Do zobaczenia za miesiąc Smile


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Krzys dnia Wto 20:35, 07 Lip 2009, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Śro 20:04, 12 Sie 2009    Temat postu:

Dobra, kolejny sneak peak:

Na Świątynię padły pierwsze promienie słońca. Bram spał jak zabity i Ilana musiała szturchnąć go karabinem, żeby się obudził. Andy i Josh również nie spali. Jeden z nich wpatrywał się tępo w ciemne wnętrze Świątyni, więc i jego Ilana musiała "przebudzić". Bram stęknął głośno i przecierając oczy wymamrotał: "Co? Już?"
-Już-odparła Ilana-Zbierz największe części na podstawę stosu, a ja zajmę się mniejszymi.
Bram, już trochę rozbudzony powiedział głośno: "Tak jest", po czym wstał i ruszył w stronę dżungli. Ilana zrobiła to samo, a Andy i Josh zostali, pilnując skrzyni z Jacobem...

Teraz trailer, który chcąc nie chcąc, stał się opisem dalszej części sezonu:

Ilana i jej grupa kontynnują poszukiwanie części Jacoba, ale Ben zaczyna powol podejrzewać, że ktoś go śledzi. Tymczasem w obozie Innych ludzie zaczynają krzywo patrzeć na Cama. Sun, która opuściła Wyspę, może pozbawić życia wiele osób. I wszystko wskazuje na to, że to uczyni


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Krzys dnia Czw 15:56, 20 Sie 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Wto 0:36, 18 Sie 2009    Temat postu:

Sprostowanie do spojlera o przyszłym odcinku:

~ Jednak w piątym epizodzie będą sceny rzeczywiste. Temat retrospekcji tak mnie nudzi, że nie dałbm rady zmieścić go na pięciu stronach (a tyle powinien mieć każdy odcinek) Razz


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Krzys dnia Wto 0:36, 18 Sie 2009, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Krzys
Przyjaciel Forum


Dołączył: 09 Sty 2007
Posty: 2564
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa
Płeć: Zagubiony

PostWysłany: Sob 19:14, 22 Sie 2009    Temat postu:

W POPRZEDNICH ODCINKACH:
Sayid zabija dwójkę Innych po przenesieniu się do roku 1977. Sun przenosi Wyspę, co powoduje skoki w czasie rozbitków z lotu 316. Jack gra z Tomem w football.


V


Tytuł: "Football"

Postać centryczna: Jack

Główni bohaterowie występujący w odcinku:
Jack Shephard, Juliet Burke, Hugo Reyes, Kate Austen, Jin-Soo Kwon, Sayid Jarrah, Bernard Nadler, Richard Alpert, Ben Linus

Sceny rzeczywiste:

Wyspa 1977:
Jack, Hugo, Kate, Jin i Sayid przedzierali sie przez dżunglę. Jack szedł na przodzie i prowadził rozbitków do jakiegoś miejsca. Blisko niego szedł Hurley, który obwiązywał swój futerał na gitarę pnączami znalezionymi po drodze- wszystko po to, aby po stracie zawiasów pudło trzymało się kupy.
-Dokąd właściwie idziemy?-zapytał Sayid, pochodząc do Shepharda
-Do Innych-odparł bez chwili namysłu Jack
-Co? A więc tam idziemy?-wykrzyknął zaskoczony Hurley-A inni, których zostawiliśmy? Juliet, Miles, Sawyer?....
-Naprawdę myślisz, że oni żyją, Hugo? Kręciliśmy się dookoła źródła, nikogo więcej tam nie było.
-Może powinniśmy jeszcze poszukać?
-I mamy tak szukać, aż w końcu znajdą nas ludzie Dharmy? Musimy zająć się ważniejszą sprawą. Daniel mówił, że Eloise może pomóc nam wrócić do swoich czasów. Mam nadzieję, że naprawdę może
-Myślałem, że to wskazanie bomby miało być tą pomocą-zastanawiał się Sayid.
Jack nie odpowiadał, ale Sayid po jego minie dojrzał, że coś jest nie tak. Nagle olśniło go i powiedział:
-Ty nie myślisz o powrocie do swoich czasów. Wiesz, że to niemożliwe. Ty chcesz... zamieszkać u Innych
-Nie mamy wyboru-odparł Jack-Nie będziemy przecież mieszkali na plaży. Eloise nas przyjmie, już ja się o to postaram
-Jak możesz coś takiego mówić?-zapytał Hugo, który ju ż dostatecznie mocno obwiązał swój futerał-Po tym, co nam zrobili?
-Oni jeszcze nic nam nie zrobili. O Innych z tych czasów nie wiemy prawie nic. Jedynie to, że są wrogami ludzi z Inicjatywy Dharma, którzy teraz też źle nam życzą.
-Więc idziemy do Innych...-mruknął Sayid-A może jest tak, że Ty po prostu za bardzo im ufasz? Po tym, co nam zrobili, Ty grałeś z jednym z nich w piłkę. Jak to jest, Jack? A może Ty od zawsze chciałeś być jednym z nich?
Jack wyszeptał tylko: "Wtedy była inna sytuacja" i nie mówił nic więcej. Szedł tylko naprzód, myśląc, że robi to, co jest najlepsze dla jego grupy.

Jack i reszta rozbitków nie zdążyli dojść do Innych, zanim zapadł zmrok. Rozpalili więc ognisko w dżungli i tak spędzili całą noc. Było niedaleko północy, kiedy Jin zdecydował się zagadać do Jacka i reszty.
-Naprawdę moja żona była w samolocie?-zapytał
-Tak, była-odparł Jack
-A co z naszym dzieckiem?... Jest zdrowe? Jakiej jest płci?
-Jest zdrowe-rzekł z uśmiechem Hugo-To dziewczynka, Sun nazwała ją, jak chciałeś. Ji Yeon.
Jin zasmucił się, po czym szepnął ze łzami w oczach:
-Ale gdzie ona teraz jest? Gdzie jest Sun?...
-Nie wiemy-odparł Jack-Jeśli samolot nie wylądował w 1977, to zapewne jest w 2007. Nic na to nie poradzisz
-Jakbym tylko... Jakby tylko Sun nie wiedziała o tym, że żyję, byłaby teraz z naszą córką. A teraz są osobno... Kto do tego doprowadził, co? Locke jej powiedział, że żyję?
-Nie, Locke nie zdążył się z nią spotkać. To Ben jej powiedział, że żyjesz. I jako dowód dał jej Twoją obrączkę.
Jin odetchnął głęboko, po czym powiedział:
-Przez te trzy lata zdążyłem pogodzić się z myślą, że nigdy nie zobaczę Sun. Teraz jednak, kiedy perspektywa jej spotkania była tak blisko, wróciły wspomnienia. Wspomnienia wspólnie spędzonych dni, naszego ślubu i wspólnego życia. Wiem, że nigdy jej już nie spotkam, jednak... jednak jakaś cząstka mnie cały czas tego pragnie...
Jin o mało się nie popłakał, jednak powstrzymał łzy, zacisnął wargi i nie pozwolił się rozkleić. Hugo, widząc jego smutek, poklepał go po ramieniu.

Następnego dnia Jack i jego grupa byli już na miejscu. Pojmani przez Innych kazali zabrać się do Eloise. Kobieta stała akurat z Richardem, o coś się kłócili. Widząc ich, dziwnie wrócił jej humor.
-To wy-wykrzyknęła-Jak wasz plan? Powiódł się?
-No właśnie....-zasmucił się Jack-Zrobiliśmy co w naszej mocy
-To znaczy, że... Nie uda się niczego odwrócić?
-Przynajmniej pozbyliśmy się bomby
-Wiemy-mruknął Ricardus-Trzęsienie ziemi wstrząsnęło całą Wyspą
-Eloise, nie jesteśmy mile widziani w Dharmie. Musimy się gdzieś schronić
-Jak to schronić?-zapytał Alpert-Chcecie tu zamieszkać?
-Ucisz się, Richard-rozkazała Eloise, po czym zwróciła się do Jacka-Jeśli chcesz poczekać aż sytuacja ochłonie, proszę bardzo
-I właśnie w tym jest problem-rzekł Jack-Nie wiemy, czy w ogóle ochłonie. Chcemy tu zostać
-Po tym, jak zastrzeliliście dwójkę naszych ludzi?-oburzył się Richard-Mowy nie ma
-Nie Ty tu rządzisz-mruknęła Ellie-Jack, jeśli chcecie tu zostać, to zostańcie. Ale musicie wiedzieć, że nie wolno wam ściągać na nas żadnych konfliktów. Dlatego nie będziecie odchodzić od obozu dalej niż na 100 metrów
-Oczywiście, Eloise-rzekł Jack z uśmiechem-Oczywiście
-Chodźcie, pokażę wam wam wolne szałasy. Zostały po tych, których zabił Wasz przyjaciel
-Oni pierwsi wyciągnęli broń-odezwała się Kate-Sayid zrobił tylko to, co musiał
-Wiemy. I tylko dlatego mogę pozwolić wam na zamieszkanie tutaj. Chociaż, kiedy zabraknie mojej ochrony, musicie uważać na swoje plecy
-Spokojnie, wiemy o tym-mruknął Jack na koniec sceny

Przeskoki w czasie:
Wyspa Hydra, wiele lat przed przybyciem Dharmy na Wyspę.. Jed idzie dżunglą, porusza się dosyć szybko i widać, że jest podenerwowany. W końcu zauważa grupę rozbitków z lotu 316, którzy prowadzili rannych z miejsca, w którym wcześniej leżeli.
-Gdzie wy ich zabieracie?!-krzyknął Jed zdenerwowany
-Idziemy z nimi na plażę-odparł jeden z rozbitków-Nie mogą zostać na środku dżungli
-A co, jeśli to znów się powtórzy? Jeśli błysk zabierze nam resztę rzeczy, na przykład prycze?
-To była jednorazowa sytuacja. Na pewno nigdy więcej się nie powtórzy, Jed
-Nigdy nie mów nigdy...-szepnął zawiedziony Jed patrząc, jak rozbitkowie wynoszą rannych z dżungli. Wiedział, że ranni nie będą mogli przebywać na plaży, gdyż tam praży słońce. A jeśli rozbitkowie wybudują namioty, to one również znikną. Wtem Jed zauważył coś za krzakami, co wyglądało na kawałek jakiejś rzeźby. Powoli wyszedł na miejsce, w którym to zauważył i ujrzał kilkanaście rzeźb; każda z nich miała wielkość około dwóch metrów i przedstawiała człowieka patrzącego w niebo z otwartymi szeroko ustani. Każda z rzeźb była prosta i nie odbiegająca daleko od formy prostokąta. Jed rozejrzał się zaskoczony po posągach i napełnił się dużym przerażeniem, gdyż tych rzeźb wcześniej tutaj nie było...

Tymczasem rozbitkowie donieśli rannych na plażę. Wszystkich, którzy ucierpieli było łącznie czworo: kobieta ze złamaną ręką i nogą, kobieta z pękniętą czaszką i wstrząśnieniem mózgu, kobieta z pękniętymi żebrami i raną w klatce piersiowej, oraz jeden mężczyzna, mający poważne obrażenia wewnętrzne. Nikt nie miał nadziei, że mężczyzna przeżyje, za to reszta miała się coraz lepiej. Rozbitkowie zaprowadzili chorych pod dżunglę i położyli w cieniu. Nie mieli pojęcia, co będą dalej robić. Wszystko, co mieli do tej pory, co zapewniało im przeżycie, zniknęło w ciągu jednej chwili. Rozbitkowie myśleli, że muszą nauczyć się żyć w najgorszych warunkach, z jakimi się spotkali. Nie wiedzieli jednak, że nie przyjdzie im się niczego nauczyć. Jedyne, co czeka ich w przyszłości, to przedwczesna śmierć...

Retrospekcje:

5 grudnia 2004 roku:
Nad Wyspą zapadła piękna noc, kiedy to Jack wraz z Innymi wypływał z Hydry. Nie wiedział, co go czeka, jednak czuł się coraz bezpieczniejszy- Inni nie mogli go zabić, ponieważ opiekował się Benem. Teraz jednak Linus spał smacznie w swojej kajucie, więc młody Shephard miał mnóstwo czasu dla siebie. Nie mogąc spać wyszedł na pokład i wpatrując się w ciemność za burtą, stał zamyślony. W końcu podszedł do niego Tom.
-Cześć-przywitał się Inny, stając obok mężczyzny. Jack nie odpowiedział, więc Tom zapytał-Jak z Benem?
-W porządku-odezwał się wreszcie Jack-Jeśli będzie miał dobrą opiekę to wyjdzie z tego dosyć szybko. Za miesiąc będzie mógł robić pajacyki.
-Jeśli nie szybciej...
Tom sądził, że Jack zainteresuje się jego ostatnimi słowami, jednak mężczyzna znów milczał. W końcu Inny zniecierpliwił się i powiedział:
-Słuchaj, to wszystko, co zrobiliśmy Tobie i Twoim ludziom... My tylko wykonywaliśmy rozkazy. Jeśli ktoś jest temu winny, to nie my, nawet nie Ben, tylko ta osoba, od której Ben odbiera rozkazy. Musimy go słuchać, aby żyć na tej Wyspie. Nie chowaj więc do mnie urazy, za nic co zrobiłem pod rozkazem. Rozumiesz mnie, Jack?
-Skończyłeś?-szepnął Jack, odwracając się wreszcie w stronę Toma-Nie widzisz, że jestem zajęty?
Tom poczuł się obrażony tymi słowami, więc popatrzył się ciętym wzrokiem na Jacka i odszedł. Jack zajął się znów penetrowaniem ciemności, jednak na krótko, gdyż zaraz podeszła do niego Juliet.
-Chyba Cię polubił- stwierdziła z uśmiechem, patrząc na odchodzącego jeszcze Toma
-Nieważne-mruknął Jack-Nie będę z nim rozmawiał, jakbyśmy byli jakimiś kumplami.
-To jest właśnie błąd-odrzekła Juliet-Tom jest bardzo wpływowym człowiekiem. Powinieneś wykorzystać to, że jesteś wśród nas.
-Mam się z nim zaprzyjaźnić?
-Pomyśl, co możesz tym zyskać. Pogadasz z nim trochę, a to, co dostaniesz w zamian, może być bardzo cenne. Tom może doradzić coś Benowi, przekonać go do czegoś, czasem nawet zakwestionować rozkaz...
-Sam będę decydował, z kim mam rozmawiać-mruknął wściekle Jack, po czym opuścił pokład. Poczuł, że robi się tu dla niego za duży tłok.

8 grudnia 2004 roku:
Jack ogląda Benowi ranę. Widzi, że jest już coraz lepiej, na wszelki wypadek jeszcze ją dezynfekuje.
-No, chyba niedługo nie będę wam potrzebny-powiedział, opuszczając Benjaminowi podkoszulek
-To wyślemy Cię do domu-odparł Ben-Dokładnie tak, jak obiecałem
Jack zaśmiał się.
-Tak, do domu... A może chociaż jakaś data, kiedy mogę się tego spodziewać?
-Wszystko w swoim czasie, Jack. Na razie masz zadanie, to go wykonuj.
-Jasne-rzekł szyderczo Jack i chciał wyjść, ale Ben go jeszcze zawołał
-Może zagramy jeszcze raz w szachy, co?-zapytał-Mały rewanżyk?
-Nie masz tu zbyt wielu przyjaciół, co?
-Z pewnością nie mniej niż Ty-uśmiechnął się Ben
-Niech będzie. Jeśli chcesz, możemy zagrać jutro.
Kiedy tylko Ben przytaknął Jack opuścił jego dom.

Jack siedzi w domu, który został mu przydzielony i wpatruje się w fortepian. Po chwili wstaje, podchodzi do fortepianu i, tak niby od niechcenia, naciska jeden klawisz. Znów zaczyna patrzeć się na fortepian, lecz za chwilę siada przy nim i zaczyna grać. W tym momencie rozlega się dzwonek. Jack zdenerwował się lecz odetchnął głęboko, po czym wstał od fortepianu i trzaskając pokrywą na klawisze ruszył ku drzwiom. Kiedy je otworzył, ujrzał Juliet. Wyglądała na bardzo przejętą.
-Coś się stało, Juliet?-zapytał, wyglądając przez drzwi i sprawdzając, czy nikogo z nią nie ma
-Wracamy do domu-odparła Juliet ze łzami w oczach
-Tak, Ben i ten powrót do domu...Ciągle obiecuje, ale nie daje żadnych...
-Wypływamy za trzy dni-przerwała mu Juliet
-Co... Jak to za trzy dni? Uspokój się i wszystko mi opowiedz-rzekł spokojnie Jack, zapraszając kobietę do środka.
Juliet i Jack poszli do salonu, a kobieta kontynuowała, tym razem spokojniej:
-Był u mnie Ben. Powiedział, że 11 grudnia będziemy mogli wypłynąć. Nawet po ciemku.
-Zaraz... Ale obiecał?-pytał Jack z niedowierzaniem-Naprawdę wypuści nas z Wyspy?
-Też nie mogłam w to uwierzyć-mówiła Juliet wycierając łzy-Ale tak, naprawdę wypuści nas z Wyspy.
-To... To niesamowite-powiedział Jack, przytulając się do Juliet.
Po chwili uścisku Jack spojrzał w okno. Wtedy można było zobaczyć, że jest czymś strapiony...

10 grudnia 2004 roku:
Jack przebywał w swoim domu, kiedy znów ktoś go odwiedził. Kiedy tworzył drzwi, zobaczył Toma, trzymającego w ręku piłkę.
-Witaj, Jack-powiedział mężczyzna z uśmiechem-Słyszałem, że Ben wypuszcza Cię do domu.
-Tak, postanowił jednak dotrzymać obietnicy-odparł Jack
-To dobrze.
Nastała chwila niezręcznej ciszy. Szybko jednak Tom pokazał swoją piłkę, którą przyniósł ze sobą
-Skoro to są ostatnie chwile, kiedy widzimy się nawzajem, to może... Zagramy?-zapytał mężczyzna z uśmiechem
-Że co?...-zapytał Jack, niedowierzając-Chcesz grać ze mną... w piłkę?
-Chcę grać z Tobą w piłkę. Myślisz, że Inni nie mogą mieć żadnych rozrywek?
-Nie, nie to miałem na myśli... Źle się wyraziłem... Po prostu byłem zaskoczony, ale dobrze, zagram z Tobą
-Świetnie. To chodźmy-rzekł Tom z uśmiechem. Kiedy tylko Jack wyszedł z domu, Tom rzucił do niego piłkę.

Ostatnia scena:
-Jeśli nie odezwę się w ciągu minuty, zabij ich-rozległ się głos w krótkofalówce. Sayida, Jina i Bernarda ogarnął strach. Sayid krzyknął do Jacka: "Nic mu nie mów!", po czym cała trójka spróbowała ucieczki. Tylko zerwali się i już silne ręce Ryana powaliły ich na ziemię; jednak cały czas się szamotali. Jason i Ryan musieli ich trzymać, a Tom z kolei stał z krótkofalówką w jednej dłoni, a pistoletem w drugiej. Ogarnął go straszliwy niepokój. Wiedział, że po drugiej stronie jest Jack. Co miał zrobić, zabić ich i zniszczyć całą znajomość z Jackiem, czy może podważyć tą jedną decyzję Bena i nie wykonać rozkazu? Jego przemyślenia przerwał Ryan, który szepnął do Toma: "Minęła minuta". Wtedy mężczyzna, nie zastanawiając się już puścił trzy strzały w piasek. Ryan krzyknął: "Nie!", lecz Tom nie chciał brać na siebie takiej odpowiedzialności. Ba, inni też nie chcieli. Kiedy więc Tom puścił strzały w piasek, nikt inny nie próbował zabić jeńców. W krótkofalówce rozległ się głos, jednak nie był to głos Bena.
-Jesteś tam, Tom?-zapytał Jack
-Jestem-odparł Inny
-Zaprowadzę ludzi do nadajnika. Nawiążę łączność i sprowadzę pomoc dla wszystkich. A potem Cię znajdę... i Cię zabiję.
Jack rozłączył się. Tom spojrzał z żalem na jeńców, wiedząc, że strzelanie w piasek było jednak złą decyzją.
LOST

Umiejscowienie odcinka w czasie: od 12 października 1977 roku do 13 października 1977 roku; 236 rok


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Największe forum LOST - Zagubieni w Polsce Strona Główna -> LOST - po emisji serialu / LOST / Serial / Fan Fiction Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
Strona 1 z 3

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Regulamin